Pierumow Nick – Blackwater (t.1 Magia i stal)

Nicka Pierumowa znam z cyklu “Pierścień Mroku” udanej serii, w której autor budując obraz Śródziemia 300 lat po wydarzeniach opisanych w drużynie pierścienia  polemizuje z Tolkieniem i jego wizją świata.  Wizja Pierumowa niezbyt mi się spodobała, ale o tym przy innej okazji. Byłam zatem ciekawa jak autor sprawdzi się w opowieści łączącej w sobie elementy steampunku i cyberpunku ( jak napisali mądrzejsi ode mnie, ja tu cyberpunka nie widziałam, już raczej high fantasy, a i to nie do końca), w dodatku przeznaczonej dla młodszych czytelników. Od razu powiedzmy sobie wprost – jako powieść dla młodszych czytelników Blackwater sprawdzi się bardzo dobrze. Ci którym podobał się Złoty kompas, znajdą tu dość podobne klimaty. Ci którzy lubią rosyjskie baśnie, też powinni być usatysfakcjonowani. Cała reszta, w tym pisząca te słowa – już niekoniecznie. Opowieść zaczyna się klasycznie – od dziecka, w tym wypadku panienki lat około 12, które odkrywa, że ma tajemne moce. Dziecko jest osamotnione, bowiem magia w jego świecie jest zakazana, ba wcześniej czy później prowadzi do śmierci. Musi uciekać i tu… zaczyna się problem. Zanim się zorientujemy lądujemy w jakiejś przedydaktyzowanej opowieści w której cudowne zdarzenia ułatwiające dziewczynce realizację jej planów zdarzają się średnio co dwie strony, ekologiczne przesłanie grzmi z siłą dzwonu Zygmunta, a biel i czerń postaci bije po oczach i wręcz oślepia.

Osią intrygi jest cywilizacyjny konflikt pomiędzy Królestwem – wielce cywilizowanym, bazującym na parze i wynalazkach inżynierii, bezdusznym i brudnym (trzeba chodzić w maskach a po powrocie do domu obowiązkowo się umyć z sadzy), a tajemniczymi Rooskies bazującymi na naturze i magii, barbarzyńskimi ( te toalety…), żyjącymi w zgodzie z naturą, choć ubogimi. Nie trzeba być szczególnie domyślnym, aby rozpoznać pierwowzory obu nacji – Wielką Brytanię i Rosję. Obie strony zaangażowane są w typową wojnę o zasoby – z jednej strony Królestwo potrzebuje  węgla, stali, drewna. Z drugiej strony Rooskies potrzebują miejsca do życia – nieskażonego przez cywilizacyjny brud. Ot taki schemacik, a’la Indianie i osadnicy.

Z jednej strony walka prowadzona jest przy pomocy pociągów pancernych, karabinów maszynowych i innych “wynalazków” cywilizacji. Z drugiej są rusznice i magia. A wraz z nią zmiennokształtni ludzie, których może przemóc tylko równy im potęgą mag. Ale nawet oni potrzebują jeszcze silniejszego maga, żeby utrzymać w ryzach wulkan obudzony przez działania wojenne.

Rzecz jasna to nasza bohaterka jest tym magiem. I klasyczną Mary Sue do kompletu. Wszystko jej się udaje, z najgorszych potyczek wychodzi prawie bez szwanku, każdego sobie zjedna, a rzucona w w dziwne środowisko z dala od rodziny, ani razu nie wspomni domu, ani do niego nie zatęskni. Tym bardziej fałszywie zabrzmiały mi ostatnie sceny. Wiem, że są niezbędne do otwarcia akcji kolejnego tomu, ale…  jakoś mi niezbyt spasowały do reszty.

Przeczytałam. Westchnęłam. Gdzież ten Pierumow szargający świętości i wywracający świat oraz znaczenia do góry nogami? Chyba na czas pisania Blackwatera wziął sobie wolne, bo w Magii i Stali nie ma po nim najmniejszego śladu.

Może kiedyś przeczytam tom drugi. Na razie mam dość.

 

______________________________________________________________________________________________________________________Lashana

 

Cóż… obawiam się, że mało oryginalnie, zgodzę się ze wszystkim, co napisała moja współrecenzentka powyżej.
Zaczynając od tego, że steampunk jest – i to nie tylko jako ładne dekoracje. Ale cyberpunku to ja tu nie znalazłam (może pojawi się w następnych tomach). Jest trochę wykluwającego się high fantasy i trochę rosyjskich baśni unoszących się nad tajgą. Poza tym dostajemy sztampową do bólu opowieść o wybranym dziecku władającym magią. Co byłoby może mało oryginalne, ale do przeżycia. Większym problemem jest dydaktyczny smrodek unoszący się nad fabułą chmurą bardziej gęstą niż smog nad jakimkolwiek steampunkowym Londynem. Dodając do tego łopatologiczny podział na tych złych Brytoli i tych dobrych Indian, znaczy Rooskies, całość robi się bardzo ciężkostrawna.
Rooskies, mimo strzępków rosyjskiego, okoliczności przyrody i ducha baśni, są zresztą mało rosyjscy. Pod względem atmosfery dużo lepiej sprawdza się Cień i kość.
Generalnie potwierdzam wszystkie wymienionej wcześniej wady. I jeszcze dorzucę parę od siebie. Steampunk jest momentami wykorzystany bardzo dobrze – zaczynając od pociągów bojowych, po zasoby potrzebne w społeczeństwie. Ale czasem jest wyjątkowo bez sensu – bo niech mi ktoś wyjaśni sens parowej maszyny do pisania.
Nasza klasyczna Mary Sue ma małego szmergla na punkcie technologii – kreśli schematy z pamięci i pała do nauk ścisłych miłością wielką. I nagle to techniczne, logiczne dziecko włada magią. Magią, której nie da się rozpisać wzorami. I… nic z tego nie wynika. Nie ma zderzenia logiki z magią. Nie ma problemu ze stratą techniki w życiu (poza wspomnianą wyżej toaletą). Dopiero pod sam koniec pojawiają się jakieś przebłyski, ale po pierwsze jest ich niewiele, a po drugie to trochę za późno.
Zgrzytały mi też wybory związane z tłumaczeniem, bo drednot w wersji spolszczonej to jeszcze rozumiem, chociaż częściej spotyka się pisownię oryginalną. Ale ten spolszczony drednot zderzony z townhouse-apostrof-s jest już trudny do przełknięcia. Podobnie jak takie cudo fizyczne jak „wrząca para” – nie wiem czy to dzieło autora czy tłumacza. I chyba nie chcę wiedzieć.
Wbrew naszym marudzeniom Blackwater może się całkiem dobrze sprawdzić jako książka dla młodzieży (raczej młodszej). Ale jest to zdecydowanie ten typ lektury, przy którym dorośli bawić się będą bardzo kiepsko albo wcale. Ja tom drugi zdecydowanie sobie daruję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.