Ratkiewicz Eleonora – Lare-i-t’ae

2 out of 5 stars (2 / 5)

Książęta spotkani w pierwszym tomie spotykają się ponownie po roku. Jednak od tego czasu sporo się zmieniło – jeden z nich został królem, drugi trochę lepiej poznał ludzi, bo elfia Dolina bardziej otworzyła się na świat. Jednak spotkanie jest mało towarzyskie – Eneari, zwany Arienem, jest posłem. Posłem wysłanym na dwór swojego przyjaciela Lermetta, który zwołał radę ośmiu królestw z elfami jako dodatkiem. I czeka go teraz ciężkie zadanie dyplomatyczne.
Dzięki radzie poznajemy resztę świata otaczającego dwa królestwa naszkicowane w poprzednim tomie. Trzeba przyznać, że co jedno to ciekawsze – a to grzeczni piraci, a to wariacja na temat wilkołaków, a to król-kapłan. Tu jakaś klątwa, tu problemy z dziedziczeniem, gdzie indziej problemy z przodkami. A z całości wyłania się całkiem ciekawy obrazek.
Niestety, obrazek zdecydowanie zbyt piękny i zbyt idealny. Większość członków rady jest rozsądna, rozumna, dba o poddanych i zamiast knuć intrygi raczej cierpi za miliony. Jest co prawda jeden wyjątek, który jest źle wychowanym, kłótliwym, irytującym chamem knującym gdzieś na boku. I jeszcze w rachunki nie umie. I gustu nie ma. Dobrze, że rogów i kopytek nie ma, ale niewiele mu brakuje. Podobny problem jest zresztą z pozostałymi bohaterami. Z Lermettem na czele, który po roku rządów został nie dość, że królem idealnym to jeszcze doktorat zrobił na boku, a święty i mądry jest tak, że nic tylko pomniki mu stawiać. A teraz ze wszystkich sił stara się zapobiec katastrofie… ekologicznej. W sumie ciekawy pomysł. Szkoda tylko, że rada jest raczej pretekstem do hurtowego tworzenia par. Jak w poprzednim tomie autorka sprytnie poradziła sobie z brakiem wątku romansowego, tak tu nadrabia ten brak hurtowo i bez umiaru. Okraszając romanse wywodami o pięknie, pojmowaniu miłości i natury ludzkiej. I po raz kolejny machając czytelnikowi przed oczami hiperzajebistością elfów.
Niestety, nie znajdziemy tu zalet pierwszego tomu, raczej wszystkie jego wady i jeszcze trochę dodatkowych. Królestwa są ciekawe, pomysł rady i problemu bardzo mi się spodobał, ale grzeczni królowie i gładka polityka to istne… political fiction. A nadmiar geniuszy, szlachetnych rycerzy i romansów przekracza wszelkie normy. Szkoda, zapowiadało się ciekawie i w sumie czytało też nie najgorzej.
Lekki gniot.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.