Rudnicka Olga – Granat poproszę!

Oj tak, tytuł jest uzasadniony i w pełni oddaje mój nastrój po przeczytaniu tego dzieła osobliwego – miło byłoby wziąć do ręki coś ciężkiego i tłuc, tłuc i tłuc. Właściwie to nie wiem, czemu dotrwałem do końca – pewnie masochizm. Wydawca na okładce dumnie prezentuje panią Rudnicką jako „znaną autorkę powieści sensacyjnych”. Czy ona znana – i komu – to nie wiem, ale powieścią sensacyjną to bym tego tekstu nie nazwał.  Bardziej – żeby pozostać w kręgu nomenklatury prawa karnego – nieudolnym usiłowaniem harlequina i to ze szczególnym okrucieństwem…. No dobra, są elementy kryminalne, ale wygląda to jak pastisz. Konstrukcja widoczna gołym okiem, narracja rozwleczona jak wenezuelska telenowela, jaskiniowy feminizm sprowadzający się do tego, że „wszystkie chłopy są gupie, gupie, gupie” – no, może z wyjątkiem tego jednego jedynego umundurowanego Wybrańca, który czeka na marginesie akcji, ale już daje sygnał, że w następnej, pewnie starannie zaplanowanej i  z zatwierdzonym konspektem książce to on dopiero ho! ho! ho!  Płaskie, stypizowane postaci, akcja, którą da się streścić w dwóch zdaniach i która prowadzi do z góry zaplanowanego końca, stanowiącego jednocześnie punkt zaczepienia do kontynuacji… lodu!!! Trochę już żyję na tym świecie, więc skojarzyło mi się z zasadami socrealizmu : opisujemy typowych ludzi w typowych sytuacjach. Niestety, jest jeszcze jeden element – w ustalonych odstępach w tekst trzeba wpleść bon mot, który ma być kontrapunktem komediowym. No i wplata Autorka, oj wplata. Część jest nawet sama w sobie śmieszna, ale żeby wyrastały organicznie z fabuły albo znacząco posuwały akcję do przodu –  to nie. Gdzieś tam wyczytałem, że ta młoda dama „nawiązuje do stylu Joanny Chmielewskiej”. E tam, można zanalizować metodami krytycznymi czyjś styl, wyróżnić jego istotne elementy, a potem próbować go odtworzyć – ale to zawsze będzie „przebój The Beatles w wykonaniu The Peatles”. Chmielewska to był kawał pisarki, która w dodatku dobrze wiedziała o czym pisze, a złośliwy humor wyglądał, jakby wychodził jej sam z siebie. Tutaj nie ma tak dobrze, tak samo zresztą, jak z researchem – scena zatwierdzania wypłaty odszkodowania na 10 milionów złotych budzi tylko pusty śmiech pomieszany z zażenowaniem.

OK wysoki sądzie, najwidoczniej nie jestem  grupą docelową dla tego utworu. Nota bene pod wpływem moich okrzyków zaczęła to czytać małżonka, ale gdzieś po 70 stronach rzuciła słowem żołnierskim i z dalszej lektury zrezygnowała. Swoją drogą miała szczęście – przeczytała najmniej kiepską część.

Reasumując – niezgodność charakterów i całkowity rozkład pożycia czytelniczego. Do czytania na własne ryzyko.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *