
(2 / 5) Zawsze trochę obawiam się czytania debiutanckich powieści. Głównie dlatego, że w czasach self publishingu szansa trafienia na tzw. ksiopko wzrosła w sposób dramatyczny. (Co prawda, jako koszmarny komentator powinnam się cieszyć z zalewu chał, bo zdecydowanie łatwiej je recenzować, ale uwierzcie mi, czytanie takich „wypracowań” na dłuższą metę bywa traumatyczne).
Wracając jednak do pierwszego tomu cyklu Odrodzenia – choć jest to debiut i da się to wyczuć jednak opowieść ma potencjał i nie przesłoni tego nawet spora liczba kalk i zapożyczeń.
Ale po kolei. Podstawą powieści jest często wykorzystywany motyw wojny bogów, w której ci ostatni wykorzystywali ( i to znowu częsty motyw) elfy, uzdolnionych magicznie ludzi i zwykłych zjadaczy chleba. W końcu światy ludzi i elfów zostały fizycznie rozdzielone potężną magiczną barierą. Elfom trafiła się mroźna wyspa Demeria, a ludziom słoneczna część świata. Elfy nauczyły się żyć w nieprzyjaznym środowisku wykorzystując w tym celu naturalną magię którą zawsze władały. A ludzie? Mieli zdecydowanie łatwiej, ostatecznie dostały im się słoneczne krainy o zdecydowanie milszym klimacie. Historia opowiadana przez autorkę zaczyna się w momencie, gdy magiczna bariera zanika. Na mroźną wyspę elfów zaczynają przybywać ludzie. A niektórym elfom zaczyna się marzyć wycieczka do krain gdzie nie trzeba się zmagać z wichrem i zimnem.
Główna bohaterka Lynthia, młoda elfka, marzy o wyrwaniu się spod kurateli rodziców i wyjeździe do ciepłych krain. I tu mamy pierwszą nielogiczność. Rodzice jakoś niezbyt są przejęci ewentualnym wyjazdem córki z wyspy. A podobno tacy surowi… Spotkanie z młodym magiem Nevrillem sprawia, że marzenia i plany stają się realne. Na razie jednak bohaterowie plączą się po wyspie, zaś czytelnik odkrywa, że obie strony dawnego konfliktu mają własne wersje wydarzeń, a wzajemne pretensje i animozje wcale nie wygasły. Co więcej magia młodego człowieka jest czymś skażona i wyraźnie wpływa na na magię elfki. Jednym słowem klasycznie – nic nie jest takie na jakie wygląda, czujemy tlący się konflikt i domyślamy, że bogowie którzy kiedyś się pokłócili wcale nie odpuścili. Zwłaszcza ten.. cóż za „niespodzianka” najbardziej zły. Nikogo też nie dziwi, że Nevrill wcale nie jest tym za kogo się podaje. Jednym słowem – przynajmniej w tym tomie fabuła jest dość przewidywalna. Bohaterowie.. cóż, są nastolatkami (nawet jeśli Lynthia ma te dziesiąt lat) u progu dorosłości. Lubią się bawić, napić, pociąga ich płeć przeciwna i romantyczne uczucia. Mają swoją wizję świata i uważają, że starzy przesadzają. Ich zachowania i reakcje są adekwatne do wieku co uznaję za duży plus, bo dość już mam bohaterek i bohaterów zachowujących się albo jak stara maleńka, albo jak przedszkolak, piszczących, fochających się albo odstawiających MarySójkizm. Jednym słowem bohaterowie są normalni i chwała autorce za to. Świat skonstruowany jest dobrze, zwłaszcza elfie rozwiązania społeczne zasługują na pochwałę, a do tego opisany w plastyczny sposób, który sprawia, że możemy wczuć się w mroźne i ciemne realia krainy elfów i lepiej zrozumieć tęsknotę głównej bohaterki za światem innym niż to nieprzyjazne miejsce. Tempo akcji nie powala, zwłaszcza w środkowej części. Bardzo długo zwyczajnie nic się nie dzieje. Może ktoś lubi romansowe rozterki – ale moim zdaniem autorka zafundowała nam ich zdecydowanie za dużo. Natomiast plus za brak tak ostatnio modnych scen wybuchowego seksu.
Podsumowując: mam z tą książką problem. Z jednej strony doceniam ładny, obrazowy styl pisania, poprawność językową, w miarę normalnych bohaterów, ciekawie zapowiadający się świat. Z drugiej, czegoś mi w niej brakuje, jakiegoś błysku, czegoś co by mnie zaintrygowało. Nie wiem czy sięgnę po kolejny tom. Z jednej strony jestem ciekawa jak rozwinie się konflikt, z drugiej zupełnie nie interesuje mnie co stanie się z bohaterką. Z jednej – jestem ciekawa jak będzie rozwijać się proza debiutantki, z drugiej to nieco za mało, by ziewać nad kolejnymi romansowymi rozterkami.