Shannon Samantha – Zakon drzewa pomarańczy t.1 i t.2

5 out of 5 stars (5 / 5)Z autorką spotkałam się przy okazji lektury książki Czas żniw. Choć nie wspominam mimo wszystko tego spotkania źle, jednak miałam wtedy przeczucie, że autorkę stać na więcej, że jeszcze w jej prozie czegoś brakuje. Kiedy więc sięgałam po  Zakon drzewa pomarańczy, miałam nadzieję, że  tym razem autorka rozwinie skrzydła i da nam wreszcie świat i bohaterów, którzy będą w stanie uwieść i zachwycić czytelnika.I tym razem się nie zawiodłam. Świat który dostajemy w powieści jest bogaty, różnorodny i przemyślany. Ma swoją geografie, historię, wierzenia, tradycje, wojny. Jednym słowem jest kompletny. Jednak mimo tej kompletności pozostawia sporo miejsca dla wyobraźni czytelnika. Ja przynajmniej nie czułam się nim ani przytłoczona ani ograniczona.  Ze przyjemnością oddawałam się lekturze odkrywając jak te same wydarzenia z różnych perspektyw mogą mieć różne znaczenie i odcień, jak polityka potrafi gmatwać i zmieniać ludzkie losy. Jak bohaterowie mogą okazać się zdrajcami, a zdrajcy – bohaterami. Podziwiałam dobrze poprowadzony koncept dwóch ścierających się religii, które  wyrosły z dokładnie tego samego. Śledziłam z przyjemnością intrygę i poszukiwanie rozwiązań. Nie przeszkadzały mi nawet lekkie dłużyzny, ani te kilka miejsc, gdzie autorka zdecydowanie nagięła logikę, żeby się jej akcja “spięła”.  Jakoś mi to nawet w pierwszej chwili umknęło. Po prostu poddałam się cała magii przedstawionego świata i wsiąkłam.

Bohaterowie wreszcie nie są miałcy ani nijacy. Po dziesiątkach książek,  w których królowały papierowe postacie deklamujące komunały lub ćwierkające w wysilonych dialogach to naprawdę miła odmiana.  Było kogo polubić i kogo nie cierpieć. Były skomplikowane relacje między postaciami, dylematy wewnętrzne, namiętności i romanse, jednak te ostatnie narysowane delikatnym piórkiem, bez przerysowań i przesady. Zakon to przede wszystkim scena dla silnych postaci kobiecych, wojowniczek i królowych, przy których postacie męskie, choć też dobrze napisane wypadają jednak znacznie słabiej. Akcja  buja czytelnikiem – raz rwie do przodu, raz zwalnia, ani razu jednak nie czułam się znużona, ani znudzona. Może troszeczkę zawiodła mnie finałowa scena walki dobra ze złem.  Czegoś w niej zabrakło. Jakiegoś przysłowiowego “bum”.

Nie ukrywam, że  z chęcią przeczytałabym o dalszych losach bohaterów, ale mam wrażenie, że autorka już do tematu nie wróci ( choć zostawiła sobie niewielką furtkę). Może to i lepiej? Bo a nuż bohaterowie, teraz tak pociągający i piękni zbrzydliby i zestarzeli się? Więc może lepiej niech zostaną właśnie tacy – jak owady zatopione w żywicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *