Szepty Zgładzonych

111 Szepty zgładzonych to pozycja nietypowa – tyleż dla mojej diety książkowej, co ogólnie. Jest to bowiem darmowy dodatek do książki Ciemne Tunele Siergieja Antonowa, zawierający prace zwycięzców konkursu na fanficka do Uniwersum Metro 2033, zorganizowanego przez wydawnictwo Insignis. Jeśli ktoś ma ochotę – można sobie ten zbiorek ściągnąć za friko.

No i właśnie. Książka zawiera twórczość fanów, czyli – zazwyczaj – ludzi, którzy zawodowo nie zajmują się popełnianiem remiksów słownika. Pastwić się zatem nad warsztatem nie wypada – zresztą większość autorów trzyma w tej kwestii poziom, a tym niechlubnym wyjątkom zostanie przebaczone. Nie chciałbym, żeby ktoś zaczął się pastwić nad rozlicznymi mankamentami mojego warsztatu.

Książka jest też za darmo, a niby darowanym koniom się w zęby nie patrzy… Dlatego też dzisiaj nie będzie recenzji. Będzie diagnoza.

Uniwersum Metro 2033, jakie jest, każdy widzi. A jeżeli nie widzi i nie widział, to proszę się zaopatrzyć w Metro 2033 i pochłonąć, bo warto. W każdym razie: jest mrocznie, jest podziemnie, jest w metrze. W Polsce co prawda nie ma metra – co najwyżej „pół metra” w Warszawie – ale znaleźli się i tacy ambitni co wepchnęli tam ocalonych z wojny.

Zresztą, po lekturze niniejszego tomiku można odnieść wrażenie iż w Polsce schron atomowy jest co pół metra i w razie katastrofy uratują się całe chmary ludzi. Dla autorów którzy zdecydowali się osadzić swoje opowieści w naszym kraju – szacun, ponieważ prace domowe zostały odrobione solidnie. Przynajmniej na tyle, że pobieżna weryfikacja metodą Szybkiego Google’a nie wykazała bzdur których nie da się wytłumaczyć licentia poetica. Moje inżynierskie serce rośnie jak na to patrzę.

Wielu autorów niestety próbowało być bardziej papieskimi od papieża i bardziej Glukhovskymi niż sam Glukhovsky. No i to się niestety w dokładnie wszystkich przypadkach nie udało… albo udało, ale okres się autorom pomylił.

Żeby próbować pisać tak jak Glukhovsky, trzeba zrozumieć jak i czym operował w Metrze 2033. Gra cieni i świateł, przypadkowe migawki, sny. Facet umiał opisać ciemny tunel tak, że czytając książkę w pełnym blasku dnia mrużyłem oczy i przysuwałem stronice do nosa żeby lepiej widzieć. To było bardzo subtelne i bardzo eleganckie, trochę jak wczesne japońskie kino grozy. (I mam na myśli japońskie, nie te „zamerykanizowane” wersje w których Naczelne Zło Filmu jest podane na talerzu).

Autorom umieszczonym w zbiorku zaś wyszedł raczej Glukhovsky a’la Futu.re – no, wybaczcie, mili moi, ale epatowanie brzydotą i różnymi gatunkami obrzydlistwa to chwyt stosunkowo niski i tani. Wiadomo że nie każdy gitarzysta od razu gra jak Slayer – tylko po co się silić na turpizm, skoro nie wychodzi? Miała być Masłowska (nie zrozumcie mnie źle, ona pisze teksty perfekcyjnie obrzydliwe, ale bardzo w tej obrzydliwości efektywne), a wyszli Ukochani poddani cesarza Tomasza Piątka: dzieło tak słabe, że podczas opisów tortur przez wbicie długiego szpikulca w kręgosłup, zamiast dygotać w obrzydzeniu, czytelnik raczej wzdycha w niejakim zażenowaniu.

Czy pozycja ogólnie jest tragiczna? Nie, bynajmniej. Jest mocno średnia, chwilami zaś gwałtownie siada. Zazwyczaj jednak te chwile następują pod koniec danego opowiadania, więc przynajmniej można mieć nadzieję że za chwilę przeczytamy coś lepszego. Nie liczmy jednak na przejście od najlepszego do najgorszego, ani odwrotnie; opowiadania w książce są ułożone przez pijanego drwala w przypadkowej kolejności, więc jest to swoisty rollercoaster jakości. Dla tych co lubią Metro – łapcie za linka, poczytajcie, sprawdźcie sami. Dla całej reszty pozycja którą spokojnie można pominąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *