Taylor Stevens – Informacjonistka

informacjonistkaDo sięgnięcia po tę książkę skłoniły mnie dwie rzeczy – tytuł – dość bliski mojemu zawodowi i fakt, że autorce udało się wyrwać z sekty. Już choćby za to ostatnie należy jej się szacunek i wsparcie w postaci zakupu książki . Ciekawa też byłam tego, czy w książce znajdę ślady prania mózgu jakiemu poddana została autorka, czy też udało się jej od tej, ciemnej strony swojej przeszłości jednak uciec. Jednym słowem kierowało mną wścibstwo. Tym co nastrajało mnie do czytadła podejrzliwie były entuzjastyczne recenzje. Nie mam najlepszych doświadczeń z książkami ogłaszanymi odkryciem, ewenementem czy niesamowitym debiutem. Im bardziej wrzaskliwie chwalone w amerykańskiej prasie publikacje tym niestety większy gniot. Tym razem jednak mile się zawiodłam. Książka okazała się całkiem ciekawą i dobrze napisaną lekturą, w pewnym sensie przypominającą konstrukcją Psy Wojny Fredericka Forsyth’a ( do której to książki znajdziemy nawet odniesienie w tekście – zupełnie jakby autorka starała się pomóc niewyrobionemu czytelnikowi podsuwając mu pierwowzór.) Mamy najemników, mamy Afrykę, mamy intrygę i mamy kreta. A do kompletu mamy coś na kształt Liz Salander, czyli młodą osobę o nieprawdopodobnych zdolnościach i nieprawdopodobnych przeżyciach, które zrobiły z niej to co zrobiły.

O ile jednak Salander przynajmniej mnie wydawała się postacią mocno wydumaną i papierową, o tyle postać Vanessy Munroe jest żywa. I choć to zabrzmi zapewne niezbyt ciekawie – jest na tyle interesująca, że czytelnik ma ochotę ją zrozumieć i nie ocenia jej działań aż tak negatywnie jakby na to zasługiwały, czego nie da się powiedzieć o Salander. Być może stało się tak dlatego, że bohaterkę Stiga Larssona oglądamy jakby od zewnątrz, podczas gdy w Informacjonistce autorka daje nam dostęp do wnętrza Munroe.

Jeśli chodzi o intrygę kryminalną – no cóż jestem w tej nieszczęśliwej sytuacji, że bardzo rzadko trafiają mi się książki w których nie jestem w stanie dość szybko rozwikłać zagadki. Tym razem też połapałam się kto jest główną sprężyną intrygi, choć autorka starała się ze wszytskich sił ten moment odwlec. Jak zwykle sprawdziła się stara „zasada pszczół”, że najmocniej żądli ten kogo lojalności jesteśmy najbardziej pewni.

A co z moim wścibstwem, czy zostało zaspokojone? I tak i nie. Tak, bo autorka osadzając dzieciństwo bohaterki w rodzinie misjonarzy, nie dwuznacznie sugeruje, że jest pierwowzorem Munroe, a wplatane w wewnętrzne monologi fragmenty biblii i interpretacji wskazują na to jak mocno tkwi w niej tamto dziedzictwo, które zresztą sama – ustami bohaterki nazywa plagą i przyrównuje do demonów. Nie, bo tak naprawdę nie wiemy w jaki sposób udało się jej z tej sekty uciec. Ewentualne sugestie, że w wieku 14 lat została przymusową kochanką najemnika sadysty pozwolę sobie włożyć między bajki.

Podsumowując – książka lepsza niż się spodziewałam, o wartkiej i momentami nawet zaskakującej fabule, nie epatująca – co w dzisiejszej literaturze rozrywkowej dość rzadkie – scenami seksu. Ba, w zasadzie seks jest w niej niemalże tematem tabu, podobnie zresztą jak uczucie. Pierwszy jest w powieści prawie zawsze wynikiem przemocy, zaś uczucie jest zawsze mocno podejrzane i stanowi metodę osiągania celów.
Co jeszcze? Chyba zmieniłabym tytuł. Z „informacjonistka” na „Manipulacjonistka” bo manipulantka brzmi mimo wszytsko zbyt pretensjonalnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *