Tom Harper – Mozaika cieni

mozaikaO wojnach krzyżowych napisano i powiedziano już bardzo dużo, ba można wręcz odnieść wrażenie, że ostatnio temat jest nad wyraz… modny. I jak to z modą bywa – nad wyraz sztampowo traktowany. Oto mamy wspaniałych mężczyzn w ich wspaniałych maszynach…. przepraszam, na ich wspaniałych rumakach, walczących z mniej lub bardziej niedobrymi poganami. Wspaniałym mężczyznom zdarza się pobłądzić, upaść, nagrzeszyć, ale zawsze się podnoszą i ostatecznie dobro triumfuje nad złem. Dobra, tyle złośliwości na dziś, teraz będzie rzeczowo. Mozaika Cieni to pierwszy tom trylogii Demetriosa. Bohater to średniowieczny.. detektyw. Tak macie rację, zapachniało powtórką z rozlicznych cykli ze starożytnymi detektywami- jak chociażby najbardziej znany – „Sub Rosa” Stevena Saylora.( Nawiasem mówiąc nie podobał mi się…). Główny bohater, Demetrios był kiedyś najemnikiem ( cóż za zaskoczenie….) ale okazało się, że potrafi nieźle główkować, więc został kim został. Prawdę powiedziawszy, z fabuły nie za bardzo wynika, żeby nasz „tropiciel zagadek” był, aż tak bystry jak mówią o nim inne postaci z książki, bowiem przeoczył kilka bardzo istotnych poszlak, mogących znacząco przybliżyć go do rozwiązania zagadki. No, ale wtedy książka skończyłaby się mniej więcej w połowie…
Drugim kwiatkiem od którego ścierpły mi zęby było pochodzenie kohorty Waregów, którzy według autora byli ni mniej ni więcej tylko mieszkańcami Brytanii, wygnanymi przez Wilhelma Zdobywcę. Fakt, że Waregami nazywano wszystkich pochodzących ze Skandynawii najemników, niezależnie od kierunku, z którego przybyli, ale mimo wszystko, nazywanie wojowników Harolda Godwissona Waregami wydaje mi się naciągane.

A czy było w tej książce coś dobrego. Owszem, nawet całkiem sporo. Chociażby punkt widzenia z którego przedstawiono nam wydarzenia. Wreszcie nie oglądamy sytuacji z perspektywy „zachodniaczków”. Nie jesteśmy po stronie krzyżowców. Jesteśmy mieszkańcami Konstantynopola, pod murami którego dość niespodziewanie pojawiły się hordy brudnych, awanturniczych, chciwych barbarzyńców z zachodu. Cesarz poprosił o najemników, a dostał… to co dostał. Armię brutali żądnych ziemi i zaszczytów. Panowie książęta są przedstawieni w wielce niekorzystnym świetle, w szczególności Baldwin – czołowy oficjalny czarny charakter. Ale nie tylko armia krzyżowców budzi niechęć mieszkańców Konstantynopola. Autor dobrze oddał lęk i odrazę jaką czuje Demetrios wobec innych barbarzyńców – wspomnianych już Waregów, Pieczyngów, Bułgarów….. są dla niego uosobieniem wszystkiego co może odebrać mu spokojne, jakie takie życie.
Na pochwałę zasługuje również praca tłumacza. Nie ma się naprawdę do czego przyczepić. O dziwo w tej książce nie pojawia się znienawidzone przez mnie słówko „pisnął” które ostatnio robi zadziwiającą karierę w książkach fantasy i nie tylko ( piszczą ranieni żołnierze w sadze o przygodach Richarda Sharpe’a, piszczą umierający w Bohaterach, piszczą ranne efly w Orkach wyje wściekły czytelnik….).
Podsumowując – książka na cztery. Na kolana nie rzuca, ma słabsze strony, ale w porównaniu do takiego Wespazjana jest o całe niebo lepsza.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *