
(4 / 5) A gdyby tak wychować asasyna idealnego? Stworzyć wojownika doskonałego, intryganta mistrzowskiego, wychowanego w idealnie przygotowanym środowisku, posłusznego wpajanym zasadom do tego stopnia, że zabije bez mrugnięcia okiem najbliższe mu osoby? Że nie drgnie mu przy tym powieka, a zamiast żalu pozostanie jedynie zdumienie nad nielogicznością rozkazu? Czy taka osoba wypuszczona w realny świat naprawdę byłaby w stanie ukryć się w nim tak idealnie jak Rezkin? Czy byłaby w stanie funkcjonować jako przyjaciel?Do pierwszego tomu Kronik mroku podchodziłam dość nieufnie, szumne zapowiedzi i dobre recenzje już nie raz okazały się wszak jedynie wabikiem na czytelnika. Tym razem jednak z przyjemnością stwierdzam, że zachwyty nie były przesadzone. Oto bowiem dostajemy bogate, dobrze skonstruowane uniwersum, w którym jesteśmy równie obcy jak główny bohater. Tyle, że jego doskonale przystosowano do tego, by jak kameleon wtapiał się w tło, wykorzystywał zasoby, naginał innych do swojej woli, łamał karki i opór mieczem, pięścią i słowem. Wyposażony w takie umiejętności winien być odporny na wszystkie pokusy i pułapki. A jednak… a Jednak Rezkin ma swoją słabą stronę. To rozumienie mechanizmów społecznych. Można kogoś doskonale przygotować do pełnienia różnych ról w teorii, ale praktyki jak widać nic nie zastąpi. Nasz bohater okazuje się być całkiem bezbronny wobec pojęcia przyjaźni, miłość jest dla niego konceptem raczej fizycznym niż uczuciowym. Kodeks który miał go chronić – tu wiedzie go na manowce. To nawet nie były rozterki młodego Wertera! Choć i tak nie da się ukryć, że asasyn doskonały ma tu wiele szczęścia. Ludzie których uznaje za przyjaciół są bowiem zwyczajnie dobrzy. I nie chcą go skrzywdzić. Gdyby było inaczej kto wie, jak potoczyłyby się losy idealnego zabójcy? Ludzie którym zaufał nie chcą go wykorzystać, zniszczyć upokorzyć. Ba, nie chce tego na dobra sprawę nikt z kim się spotka. Tych złych podporządkowuje sobie, ci dobrzy prędzej czy później muszą docenić szlachetność, lojalność, wierność Rezkina. I to jest bodaj najsłabszy element powieści. Zderzenie teorii i praktyki powinno owocować licznymi zabawnymi sytuacjami, tymczasem autorka wykorzystuje tylko te które związane są ze sferą damsko – męską. I to niestety wykorzystuje niezbyt udanie. Monologi wewnętrzne bohatera odnoszące się do tej materii materii sprawiały, że łapałam się nie raz i nie dwa za głowę. Takie rozterki młodego Wertera. W zasadzie nawet bardzo młodego Wertera. Kiszka. Dla kontrastu chyba i całkowitego wkurzenia czytelnika, z wszelkich innych sytuacji Powiernik mieczy wyplątuje się jak rasowy dyplomata z wieloletnim doświadczeniem. Nigdy nie zdarza mu się zapomnieć przysłowiowego języka w gębie. Jednym słowem, +10 do zajebistości. I ta idealna, absolutna doskonałość w połączeniu z kompletna i absolutną wewnętrzną niedojrzałością by nie rzec pustką oraz nieprawdopodobne wprost szczęście są upiornie męczące. Momentami wręcz marzyłam o tym, żeby panu doskonałemu coś nie wyszło, żeby puścił przysłowiowego bąka w towarzystwie, albo objawił uczucia wyższe w które w reszcie będę mogła uwierzyć. Ale gdzie tam. Ten typek nie tylko potrafi przepłynąć rzekę ze złamaną nogą i pokaźną liczbą innych uszkodzeń, ale jeszcze dwa dni później jest zdrów i wesół jak młody koziołek, oraz potrafi zbić z pantałyku argumentacją starego generała. Boooziu…..
Kolejna łyżka dziegciu, to fakt, że nie wszystkie dialogi trzymają poziom. Zdarza się, że czytelnik ma wrażenie, jakby ten czy tamten fragment wyszedł spod ręki kogoś innego niż cała reszta. Być może powieść powstawała w kawałkach na różnym etapie umiejętności pisarskich autorkim która nie wykazała się później stosowną starannością i nie wygładziła wcześniejszych zadziorów na stylu i języku. Jeśli chodzi o pozostałe postacie, cóż, trudno coś napisać o tle. Mężczyźni są lekko zazdrośni, ale tak uwielbiają Rezkina, tak doceniają jego wspaniałość, że szybko stają się jego wasalami. Zaś panie… O litości. Są, plączą się pod nogami, zakochują w Rezkinie, ale pan doskonały ściąga na siebie całą uwagę czytelników ( i autora!) nie pozwalając im odpowiednio się rozwinąć. Szkoda, bo w postaciach dziewczęcych tkwi niejaki potencjał. Choć póki co głównie wkurzają czytelnika zachowaniami zakochanych, nachalnych małolat . Ajjj.
Podsumowując, nie spodziewałam się bohatera tak socjopatycznego, tak niedojrzałego i tak przejrzałego jednocześnie. Intrygującego i irytującego jednocześnie. Daję 4 na zachętę. Przeczytam pozostałe dwa tomy i mam nadzieję, że nie będę po tej lekturze wściekła na siebie za zmarnowanie kasy na byle co.
_____________________________________________________________________________________________________ Lashana
(3,5 / 5)
Przyznaję bez bicia, że Rezkin kojarzył mi się ze Spockiem. Takim młodym Spockiem, który o średniowieczu czytał, a teraz nagle się w nim znalazł i trochę nie ogarnia.
W sumie mam podobne problemy z książką co współrecenzentka.
Po pierwsze — humor sytuacyjny w zasadzie nie istnieje, a powinno być go sporo, biorąc pod uwagę konstrukcję postaci Rezkina i to, co się dzieje dookoła niego. Większość komentarzy do scen siedzi w jego głowie — on interpretuje sytuacje po swojemu, otoczenie… cóż, otoczenie interpretuje je bardziej po ludzku. I widzimy, jak to zgrzyta. Tyle, że zgrzyta głównie w sytuacjach damsko‑męskich, a to zdecydowanie za mało. Do tego jest zrobione z przesadnym naciskiem — tym bardziej, że Rezkin czytał książki. W sensie normalne książki, a nie tylko podręczniki Jak zamordować kogoś na tysiąc sposobów. I niech on sobie będzie socjopatą, ale nawet Dexter ogarniał teorię, a Rezkin bywa bardzo mocno zaskoczony rzeczami absolutnie podstawowymi.
Drugim problemem jest to, że on faktycznie spotyka samych dobrych ludzi — kobiety hurtem się w nim zakochują, faceci też są gotowi paść przed nim na kolana z przyczyn różnych. I nie ma ani jednej osoby, która próbowałaby go wykorzystać, ani nawet nikogo, kto byłby zazdrosny o kogoś, kto jest Marysią Zuzanną nad Marysiami Zuzannami.
Po trzecie — bohaterowie towarzyszący Rezkinowi są trudni do zniesienia. I jak normalnie wkurzam się na bohaterów w typie Mary Sue, a naprawdę nie można być bardziej Mary Sue niż Rezkin (tak, przebija nawet Dorę Wilk), to w Powierniku sprawdza się to świetnie, bo trochę o to chodzi, i jest to zrobione z pełną premedytacją. Ale reszta bohaterów… ojj… Jamison najchętniej do Rezkina by sie modlił, mimo że kobieta, w której się zadurzył, świata poza zabójcą nie widzi. Jedynym celem istnienia Frishy jest wzdychanie do wojownika z bajki. Mamy nawet scenę, w której dwie kobiety biją się o niego. Co, swoją drogą, wywołuje jedną z lepszych reakcji w całej książce. Problem w tym, że to samo dotyczy wszystkich bohaterów — wszyscy są w fabule po to, by podziwiać Rezkina, a nie po to, by prowadzić własne życie czy własne wątki fabularne.
Po czwarte — jest to dobrze napisany i dobrze przemyślany debiut. Jednak momentami czuć, że jest to debiut, i zdarzają się nierówne fragmenty.
I piąty minus — kompletnie nijakie, urwane zakończenie.
Mimo pewnych wad i zestawu dosyć znajomych schematów, wciągnęła mnie ta historia. I jestem ciekawa, jak będą wyglądały dalsze zmagania Rezkina z rzeczywistością