Dzikie Karty – antologia (dwugłos)

Zapewne tak jak niejeden czytelnik nabrałam się na nazwisko twórcy Gry o Tron wywalone wielkimi literami na okładce zbioru opowiadań. Tak to jest, jak się nie czyta drobnego druczku… nawet na okładkach książek. Gdybym przeczytała, że to wybór pod redakcją pewno bym się zastanowiła. A tak, mam kolejną książkę, którą trzeba będzie potraktować jak typowy „wypadek przy pracy”.Sam pomysł jest całkiem intrygujący – tuż po drugiej wojnie ziemię atakuje kosmiczny wirus który jednych ludzi obdarza super mocami, a z innych czyni monstra. Każde opowiadanie zamieszczone w tym zbiorze, to z jednej strony opowieść o Asie lub Jokerze ( odpowiednio superczłowiek lub monstrum), a jednocześnie wgląd w zmieniający się (30 lat!) świat, w którym  ewoluuje stosunek i do superbohaterów i do Jokerów. Zwłaszcza ci ostatni z zapałem walczą o równouprawnienie. Zapachniało trochę X-menami, trochę literaturą społecznie zaangażowaną ukrytą pod maską fantasy. Tu możecie się spytać, czemu dałam Dzikie Karty do fantasy a nie do science fiction. No cóż, nie mamy po prostu kategorii „Marvel”, a  SF to, to na pewno nie jest.

Dochodzę do wniosku, że tak naprawdę powinnam ocenić każde z opowiadań zamieszczonych w tym tomie osobno. Bo choć całość oceniam nie najwyżej, to jednak są wśród opowiadań perełki, które czyta się z prawdziwą przyjemnością, albo gnioty przy których zgrzyta się zębami, albo rozpaczliwie ziewa. Myślę jednak, że wtedy wielu z Was nafuczałoby na mnie, że spojleruję…

Mogę Wam jednak powiedzieć, że pierwsze 3 opowieści są świetne, wprowadzają czytelnika w świat i historię w doskonałym tempie i z przytupem ( ach ten Śpioch Zelaznego…) po czym tempo siada, kolejne opowiadania zaczynają się dłużyć, bohaterowie są coraz bardziej udziwnieni, a wydarzenia historyczne na siłę „przerobione”  ( komisja McCarthego polująca na Asów zamiast na komunistów, zieeeew), pod zadany wzorzec. No naprawdę, nikt nie miał pomysłu, jak mogłaby wyglądać taka alternatywna historia? Trzeba tak łopatologicznie i jeden do jednego? W każde mniej lub bardziej  historyczne wydarzenie upychać kolanem mutanta, a jak się nie mieści do końca to jeszcze łopatą przez łeb i dobrze uklepać? W efekcie świat który wyłania się z opowiadań jest nudny, stereotypowy, z tekturowymi bohaterami. Męczą się czytelnicy, a czasami miałam wrażenie, że męczą się również autorzy których ograniczają zarówno ramy świata (nasza historia) jak i zadana teza: walka zmienionych wirusem ludzi o miejsce w społeczeństwie. O akceptację, o uznanie. A czasem o władzę. I kompletne nieprzystosowanie społeczeństwa na zaakceptowanie inności w jakiejkolwiek postaci.

Przy okazji zastanowiłam się, jak potoczyłyby się losy dzikich kart, gdyby wirus Dzikiej Karty rozprzestrzenił się w Polsce A.D. 2017. Mam wrażenie, że ani As-y ani Jokery długo by u nas nie pomieszkały.

Podsumowując: spory zawód. Kilka udanych opowiadań na 20 to wynik daleki od zadowalającego. Nie polecam

_________________________________________________________________________________________________________________Lashana

 

Kiedy zaczęłam czytać Dzikie karty w oczy rzucił mi się rok 2010. Po pierwszym opowiadaniu stwierdziłam, że autor ciekawie stylizował całą narrację, bo teraz już się tak nie pisze, a styl dobrze pasował do treści – pulpowej opowieści o bohaterskim pilocie. Tylko, że następne było opowiadanie Zelaznego, który nie żyje od ’95. Wtedy dopiero sprawdziłam datę wydania pierwszego i oryginalnego. Rok ’87 nie wzbudził mojego entuzjazmu. I nawet nie chodzi o rocznik, który zazwyczaj mnie nie obchodzi, ale o to, że Dzikie karty zdecydowanie nie wyszły obronną ręką z próby czasu. Zresztą i bez próby czasu antologia raczej nie wzbudziłaby mojego entuzjazmu. Obowiązkowi kosmici, powolne tempo narracji, mało akcji, omdlewające kobiety nadające się do ratowania, i bohaterowie dla których „komiksowy charakter” byłby komplementem.
Owszem, jest kilka wyjątków, ale w porównaniu z nimi całą resztę czyta się jeszcze gorzej. Parę razy miałam ochotę rzucić książką i do niej nie wrócić, ale zmuszałam się licząc na to, że może w końcu trafię na coś, co mi się spodoba. Ale głównie męczyłam się mniej lub bardziej. Ciężka i dosyć mroczna atmosfera nie jest zrównoważona nawet szczyptą humoru, za to od czasu do czasu zdarzają się wzmianki o różnych obrzydliwościach, które niezbyt przekonały mnie fabularnie.
Tym razem trudno opisywać opowiadania po kolei, bez spoilerów, skoro układają się w obraz świata, który mocno się zmienia przez kilkadziesiąt powieściowych lat. Ale można się obyć bez tego, bo większość jest zbudowana na prostym schemacie: weź historię z komunistami/Wietnamem/Rosją i upchnij tam mutanta. Z historią kiepsko? Nie szkodzi, urban legend też się nada. A wszystko to dosyć łopatologiczne i nie mające żadnego wpływu na historię. Dzikie karty nawet nie ocierają się o historię alternatywną, są po prostu wariacją na temat tej, która się zdarzyła. Co jest dosyć dziwne biorąc pod uwagę całe drużyny supermanów pojawiające się w książce. Chociaż wariacją i tak jest dość wybiórczą – mamy co prawda polowanie na czarownice w wydaniu McCarthy’ego, samoloty szpiegowskie i hippisów, ale ani słowa o ruchach feministycznych czy Lutherze Kingu. Zresztą kobiety mogą paść ofiarą przemocy lub czasem zostać uratowane, a czarni mogą być alfonsami. Co jest dość dziwne w książce, gdzie co i rusz wspomina się walkę o prawa Asów i Dżokerów. Zresztą podobnie jest z mocami – wirus, który oficjalnie działał losowo, jakoś omijał kobiety lub obdarzał je umiejętnościami, które im równocześnie szkodziły.
Znudziłam się, zmęczyłam i nazgrzytałam zębami, reszcie tomów mówię stanowcze nie. Reszcie, której jest w oryginale ponad 30 wydanych przez różne wydawnictwa, siedem części wydanych w Polsce to dopiero wierzchołek góry lodowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *