Elżbieta Cherezińska – Korona śniegu i krwi

korona

Czy zdarzyło się Wam kiedyś w trakcie lektury złapać za głowę i poprosić logikę oraz zdrowy rozsądek, żeby siadły sobie gdzieś w kąciku i nie wydzierały się za głośno, bo mimo wszystko chcecie przeczytać książkę do końca? Mnie coś takiego zdarzyło się właśnie przy lekturze Korony… Kiedy zaczęłam ją czytać – już na początku dość nerwowo przejrzałam notkę o autorce zastanawiając się jednocześnie co też zażywa i w której aptece to sprzedają. Ale kiedy skończyłam książkę nie byłam już tak rozeźlona.
Przede wszystkim trzeba docenić autorkę, że odważyła się ruszyć na tereny zajęte dotąd przez takie tuzy jak Bunsch, Gołubiew , Zofia Kossak czy po części Kraszewski. Ukłon należy się jej również za fakt iż na tapetę wzięła mało znany i trudny ze względu choćby na ilość wątków schyłkowy okres rozbicia dzielnicowego.  A lanie należy się jej za to, że przynajmniej na początku wyszło jej skrzyżowanie Starej Baśni z Grą o Tron. O ile jeszcze jestem w stanie przełknąć godła władców które są po części żywe – ryczą, warczą, stroszą pióra, kłaniają się godniejszym lub też uprawiają seks ze sobą – ot jeszcze jeden , dość ciekawy zabieg literacki mający na celu przekazanie czytelnikowi dodatkowych informacji, o ile mogę darować fakt, że z wyznawczyń bogini Mokoszy zrobiono jakieś polskie druidki, o tyle zapowietrzyłam się nieodwołalnie po stwierdzeniu, że Bolesław Wstydliwy miał białe ( nie siwe, BIAŁE!) włosy , pod którymi ukrywał uwaga….. Spiczaste uszy! Dobrze jeszcze, że nie miał fijołkowych oczu i śniadej cery, bo byłby drow jak się patrzy, a tak wyszedł jakiś nie do końca dorobiony elf…

Równie radosny skowyt wydobył mi się z gardła, kiedy na scenę wkroczyła błogosławiona Kinga – ta od kopalni soli. Otóż owa święta za życia niewiasta, jak na świętą przystało: lewituje nad podłogą, słyszy myśli różnych ludzi z całkiem solidnej odległości, otacza ją zapach niebiańskiego kwiecia, który maskuje taszcząc ze sobą wszędzie lilię – jak się należy domyślać, stosownie białą lilię ( co szczególnie w zimie wydaje się „łatwe”, że już nie wspomnę o takim drobiażdżku jak to, że akurat

lilia biała to kwiatek pochodzący z Bałkanów i Azji zachodniej… ale, co to tam dla świętej! Bułka z masłem i kruszonką….) . Rzeczona Kinga ma wielki wpływ na historię kraju, doradza bowiem wielce trafnie naszemu elfouchemu Bolesławowi, a także interweniuje udatnie w sprawie Władysława Łokietka, wtedy zwanego karłem, któremu to funduje mentalną chyba operację naciągania kości i stawów i nasz Karzeł zaczyna rosnąć.
Jakby tego było mało, ku większej uciesze (zapewne autorki bo nie czytelnika) Jakub Świnka okazuje się być potomkiem Bezpryma, ród Zarębów to potomkowie królewicza Edmunda z Anglii, a miecz koronacyjny królów polskich zwany szczerbcem, to właśnie miecz który przywędrował z Anglii wraz z wygnanymi potomkami Edmunda ( w herbie ukrywają Walijskiego Smoka za murem…) . Dobrze jeszcze, że się nie dowiadujemy, iż nasz szczerbiec to Excalibur, choć powiem szczerze, w tym galimatiasie jaki mamy w „Koronie …. ” nawet taki koncept nie byłby mnie już w stanie za bardzo zdziwić.
Jeśli jednak poprosimy logikę, żeby chwilowo dała sobie wolne, to muszę przyznać – książkę czyta się całkiem przyjemnie i szybko, bo co tu kryć wciąga. Niestety znalazłam w niej kilka kwiatków językowych, których tym razem – jako, że autorka jest Polką nie da się zrzucić na tłumacza….
Co powiecie na zdanie: „odwrócił się i zobaczył nóż którym rzucił go w plecy leżący”?
No właśnie.

Tak czy inaczej mocna czwórka. Z zaleceniem odstawienia logiki przed rozpoczęciem lektury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *