Gołkowski Michał – Moskal (dwugłos)

Komunizm chyli się ku upadkowi. Prezes jednego z zakładów postanawia dogadać się ze związkowcami – tu na scenę wkracza Artur Wiktorowicz, któremu w ręce wpadło niedawno tajemnicze pióro. A razem z piórem pojawił się głos. Naprowadzający, podpowiadający, ale chcący więcej i więcej.
Dotarłam może do jednej trzeciej i… miałam serdecznie dość. Dostajemy bardzo mocny klimat – szarą Warszawę, fabryki, tramwaje, szarych ludzi i meblościanki; wszystko to jest i aż się z kartek wylewa. Dostajemy bohatera i jego rodzinę – niewyróżniających się zbytnio, ale dających się lubić. I dostajemy politykę. I tu wymiękłam. Nadal było klimatycznie, nadal było prawdopodobnie, co prawda można się było domyślać dokąd to wszystko zmierza (chociaż znając pomysły autora mam nadzieję, że domyślać tylko częściowo). Ale po kilkudziesięciu stronach miałam dość.
Dziękuję, jak będę chciała „polytykę” i „byznesy” włączę tv. W książkach zdecydowanie nie szukam ani powtórek z Wiadomości, ani z historii najnowszej.
Tym razem bez oceny.

—————————————————————————————————————————————————————————————K.Wal

Miałam dokładnie te same odczucia. I podobnie jak przedmówczyni udławiłam się   podobieństwami do niedawno minionej epoki.  Ten ciężki ohydny klimat wylewający się z kart sprawił, że odłożyłam książkę po około 100 stronach i nie zdołałam się przekonać do sięgnięcia po nią do dzisiaj. Nie. Po prostu nie. Koncept złowrogiego artefaktu zapewne ciekawy, przemiana człowieka w monstrum psychologicznie poprawna i  na tym koniec.  Dziękuję, wysiadam. Spotkałam całkiem spore grono takich Arturów, których narkotyk władzy zmienił nie do poznania. Nie muszę o nich jeszcze czytać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.