Jack Campbell – Odważny (Zaginiona flota tom III)

zaginiona-flota-3-odwazny

Recenzja tomu drugiego: Jack Campbell – Nieustraszony ( Zaginiona flota tom II)

Fabuła nadal jest ta sama – Jack „Black Jack” Gaery próbuje wyciągnąć flotę Sojuszu z przestrzeni należącej do wrogiego Syndykatu tracąc jak najmniej statków po drodze do domu. Niestety zaczynają mu się kończyć opcje, a wrogowie są coraz bliżej. Komandor nie ma więc wyboru i musi przejść do działań bardziej zaczepnych (na co nie ma zbytniej ochoty), żeby przebić się przez stojące mu na drodze oddziały.
Kolejną cześć cyklu zaczęłam czytać tylko dlatego, że zaczyna się ona od wyliczenia wszystkich okrętów Zaginionej Floty, łącznie z nazwami i listą strat. Na dodatek początek pierwszego rozdziału to próba pokazania sytuacji z perspektywy obywatela Syndykatu, co prawda niezbyt udana i jak się potem okaże jedyna, ale te dwie rzeczy zachęciły mnie wystarczająco, żeby przeczytać resztę książki, czego po przeczytaniu dwóch pierwszych tomów nie miałam ochoty robić. Ale skoro autor na wstępie rozprawił się z dwiema poważnymi wadami poprzednich części była szansa, że innych też się pozbył. I faktycznie większość wad znika niestety w ich miejsce pojawiają się nowe, ale po kolei.
Problemy militarne zostają (dla odmiany) rozwiązane przez kogoś innego, poznajemy też trochę technologii Sojuszu nie związanej z okrętami. Szeregowi żołnierze zaczynają brać bardziej czynny udział w fabule, bo w poprzednich tomach ich rola sprowadzała się do wpatrywania się z uwielbieniem w głównodowodzącego. Opisy bitew robią się trochę bardziej obrazowe, mimo że nadal zniszczenia jakie odnosi okręt nie mają wpływu na załogę i mają bardzo niewielki wpływ na przebieg walki. Problemy osobiste bohaterów nabrały większego znaczenia i nie ograniczają się już do dylematu czy posłodzić kawę. Niestety nowi przeciwnicy wewnątrz floty to kopie ich poprzedników, a jedna z istotnych postaci nagle wyparowała na czas dłuższy, jakby autor o niej zapomniał. Większego znaczenia nabiera też kult gwiazd i przodków… to pierwsze jest dosyć dziwne jeśli chodzi o SF, ale autor sobie wymyślił to niech ma, może jest jakieś wytłumaczenie tej ciekawostki.
Wszystko to dałoby w sumie całkiem niezłą militarną SF, niestety pod koniec książki wszystko zaczyna się sypać. Zaczynając od tego, że Campbell ma trudności z obliczaniem prędkości statków i jednostki poruszają się za szybko. Do tego należy dodać dziwne zachowanie min-pułapek i zmianę taktyki. A właściwe rezygnację z taktyki, bo Geary, który przez trzy tomy starał się nauczyć swoich ludzi znaczenia taktyki, strategi i wpoić nawyk planowania ataków nagle stwierdził, że świetnym pomysłem będzie szarża typu „bij, zabij, kto pierwszy ten usiecze wroga”. Poza tym kłopoty, w które (w końcu) wpadła Flota nie były winą Gearyego (bo on przecież święty jest) tylko wstrętnych knujących obcych, których obecność była sugerowana od pierwszego tomu. Już te dwie rzeczy wystarczą, żeby całość potraktować jako chałę, jednak książkę ratuje początek i poprawki fabularne względem poprzednich tomów.
Przeciętniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *