Joe Abercrombie – Bohaterowie (dwugłos)

bohaterowieDługo zabierałam się za pisanie tej recenzji.
Rzadko bowiem trafiają się mi książki o których nie wiem co napisać. Tymczasem Bohaterów odłożyłam z kompletnym chaosem w głowie i zamętem w uczuciach.
5 dni. Tyle trwa akcja opisana na 742 stronach książki. Pięć koszmarnych dni jednej bitwy. Jednej bitwy w trakcie jednej głupiej, niepotrzebnej wojenki. Zresztą, mój Boże czy są potrzebne wojny? Każda zaczyna się tak samo – od czyjegoś rachunku ekonomicznego, podlanego butą egoizmu, czasem strachu. Nie inaczej jest w Bohaterach. Północ jest uboga i zacofana technologicznie. Ludzie z północy zmagają się z ciężkim paskudnym klimatem i z własnym ubóstwem. Ich jedyną nadzieją na zmianę losu jest wstąpienie do armii tego lub tamtego watażki i „nahapanie” się łupów. I chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć jak złudna to nadzieja. Południe jest bogate. Ma dostęp do morza, nie najgorszy klimat, rozwinięty handel. Jest…. „cywilizowane” – no przynajmniej dla tych z północy. Południowych, zwanych też Unionistami nie pcha do wojaczki rozpaczliwa nadzieja na zmianę statusu społecznego. Ich zmusza do walki rozkaz królewski oraz ambicja. Ambicja królewska i ambicja pomniejszych arystokratów. Tak moi drodzy, bitwa opisana w książce to bitwa Północy z Południem i zapewniam Was, że skojarzenia z Gettysburgiem towarzyszyły mi przy lekturze cały czas. Armie Południa i Północy spotykają się na równinie u podnóża wzgórza zwanego od stojących na nim skalnych monumentów – Bohaterami. To o to wzgórze wojska będą toczyły heroiczne i epickie z odległości, a przerażające i bezsensowne z bliska boje. Generałowie i wodzowie toczą swoje wojenki przy mapach, kombinując jak pogrążyć swoich wrogów i nie dać się wyprzedzić przyjaciołom, a zwykli żołnierze grzęzną w błocie, mokną w deszczu, grzebią swoich przyjaciół i swoje marzenia w błocie, grabią martwych i konających przeciwników, a czasem swoich, marzną, głodują, sikają ze strachu i bólu po nogach. Giną. Śmierć jest brudna, brzydka, bolesna.
Abercrombie stworzył kawał solidnej prozy batalistycznej, umownie tylko ubranej w sztafaż fantasy. Bo z fantasy książka tak naprawdę nie ma wiele wspólnego.

Na koniec refleksja, której w zasadzie nie miałam tu napisać. Po przeczytaniu tej książki zaczęłam się zastanawiać nad tym, z czym kojarzy mi się wojna. Nie wiem jak innym osobom z mojego pokolenia, ale we mnie gdzieś ciągle telepią się obrazy wyniesione ze szkoły. Wojna to szarża ułańska, husarska, kawaleryjska. To Somosierra, Chocim, Kock.. Szumią proporce lub skrzydła, piękne konie z gracją niosą barwnych wojowników… A jeśli nawet śmierć to nic to Baśka, nic to… I nie poradzisz nic na tę wizję  arcypolską i bogoojczyźnianą. Nie pomoże „kompania braci”, „pluton”, „szyfry wojny” ani żaden inny gorzki film o zabijaniu.
Pokoleniu mojego syna wojna już kojarzy się inaczej. Po części z przeciwnikiem widzianym przez celownik komputerowej strzelanki, po części ze scenami z filmów dokumentalnych o wojnie w Iraku i Afganistanie. Nie ma w niej już miejsca na Zawiszę Czarnego…. I nie wiem, która wizja jest lepsza, poprawniejsza, na czasie…. Może obie? Może żadna…

 

_________________________________________________________________________________________________________Lashana

 

Bohaterowie to kolejna książka ze świata Pierwszego Prawa (Samo ostrze,Nim zawisną na szubienicy,Ostateczny argument królów, Zemsta najlepiej smakuje na zimno). I ci, którzy czytali trylogię, bądź Zemstę odnajdą tu sporo znajomych postaci. Jednak znajomość żadnej z poprzednich książek nie jest konieczna. Owszem ubarwi trochę charaktery postaci, jednak nie będzie miała zbytniego znaczenia dla fabuły (która chronologicznie dzieje się parę lat po wydarzeniach z Zemsty). Nie polecam jednak czytania w odwrotnej kolejności, tj. najpierw Bohaterów potem całej reszty – za dużo spoilerów.
Można powiedzieć że Bohaterowie to Abercrombie skondensowany (mimo dosyć pokaźnej ilości stron): zamiast wojny mamy bitwę, zamiast trwających latami rozgrywek politycznych – jeden epizod, zamiast minimalnej ilości magii – nie mamy jej wcale. Do tego mamy pełnokrwistych, mało sympatycznych bohaterów, do których można się przywiązać, świetne postacie epizodyczne i dużo akcji, wojny i pojedynków. Czyta się świetnie i trudno się oderwać od bitwy o nic nie znaczące wzgórze, i nie wiadomo kiedy pożera się te ponad 700 stron. Jedyna rzecz do której można by się przyczepić to absolutny brak fantasy w książce, która teoretycznie należy do tego gatunku. Poza tym, że mamy fikcyjne krainy elementów fantasy tu nie znajdziemy. Co nie zmienia faktu, że mamy świetną książkę batalistyczną opisaną i z punktu widzenia sztabu i żołnierzy.
Nie jest to książka dla wszystkich (dużo latających flaków i przekleństw), ale zdecydowanie polecam fanom realistycznych bitew i wojennych klimatów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *