Michał Krzywicki – Psalmodia (dwugłos)

psalmodiaBywają książki, których nie sposób dobrze zrecenzować. Bo gdy zaczynasz pisać o jednym jej aspekcie,  zaraz uświadamiasz sobie kolejną warstwę  wychylającą się spod spodu. I jak tu teraz wybrać, która jest ważniejsza, jak połączyć te  warstwy w spójną całość? Jak nie zanudzić czytelnika ględzeniem o emocjach i nastrojach? Taka jest właśnie „Psalmodia”. Niejednoznaczna, niedookreślona, wielowarstwowa, raz nużąca sztampowymi rozwiązaniami, raz denerwująca gadulstwem, by za chwilę zaskoczyć jakimś skojarzeniem.  Wybaczcie zatem, jeśli ta recenzja nie będzie  gładka, lecz usiłując nadążyć za książką również zacznie skakać po tematach.Pierwszy wątek jaki został wpleciony w książkę teoretycznie będącą fantasy to wątek historyczny. Niewiele jest książek w literaturze polskiej sięgających do historii Polski średniowiecznej. Ciężki to wszak teren, bardzo porządnie  otupany przez Gołubiewa, Bunsha, Parnickiego. Otupany starannie, solennie, zwycięsko, bogoojczyźnianie. Gdzież tu miejsce na coś nowego, gdzież tu co gorsza miejsce na fantasy?!
Mnie osobiście nasuwa się jeszcze skojarzenie z dwuksięgiem Wilczy Amulet i Wilczy Miot , bo terytorium  podobne, choć, czasy późniejsze. No wiadomo jest jeszcze najnowsza Korona Śniegu i Krwi, ale wybaczcie , jakoś nie mogę jej poważnie traktować.  Tymczaem Michał Krzywicki sięga swobodnie do historii i wydobywa z niej to, o czym raczej nie uczyliśmy się w szkole – historię o zakonach rycerskich, które z tych czy innych powodów ściągały do Pomezanii. Tak to nie pomyłka. Krzyżacy byli najskuteczniejsi, to fakt, ale prócz nich na Pomorzu próbowali też zagnieździć się inni,  jak choćby egzotyczni dla nas rycerze z hiszpańskiego zakonu Calatrava. Drugą nicią wplecioną w obraz jest zło.  A raczej zły.
Zły jest zawsze złem. Obojętnie, czy przybiera rogatą postać z ludowych legend, czy jest elegancko ubranym gentelmanem, wewnętrznym głosem, czy też – udaje, że go tu „wcale nie ma”.  W naszej książce zły jest przeciwstawiony innemu złu. Diabeł Kusiciel w klasycznej postaci wewnętrznego opętania przeciwstawiony jest złu demonów i bożków puszczańskich. I w którymś momencie czytelnik zaczyna się zastanawiać, które z tych dwóch rodzajów zła jest złem gorszym  –  czy kusiciel, czy panteon zupełnie nieznanych mi z nazw bożków których zamiarem jest zniszczenie  mitycznego i mistycznego jeziora łez. Szaleństwo w najgorszym rodzaju – duszne, bezwzględne, koszmarne ogarnia ludzi i nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel, i co komu wieści rysa na niebie. Ba, nawet do końca nie wiemy na pewno czy aby rysa ta w ogóle istnieje. Co gorsza złu służą … rycerze zakonów. I ci z czarnym i ci z czerwonym krzyżem mają całkiem dosłownie diabła za pazuchą. Nie są rycerzami do jakich przyzwyczaił nas choćby Sienkiewicz. Czytając Psalmodię ma się momentami wrażenie, że etos rycerski to coś czego zdaniem autora w ogóle nie było!
To co nużyło w książce to dość ślamazarne tempo, momentami wręcz spowalniane przez autora, trudno powiedzieć czy specjalnie czy dlatego, że mu  się materia w której zanurkował z rąk wymykać zaczęła. Dość powiedzieć, że momentami fabuła zastygała w miejscu zamieniając się w kolejną rozprawkę filozoficzną na temat życia, wiary, dobra i zła. Jeśli do tego dołożymy zbyt moim zdaniem rozbudowane historyczne tło – robi się mocno przyciężko. No, prawie Stara Baśń autorowi wyszła….. Choć Stara Baśń przy Psalmodii jest pogodna radosna i jednowymiarowa.

I jak tu teraz ocenić Psalmodię? Może tak: książka dla pasjonatów historii średniowiecznej i fantasy zarazem. Dla innych może okazać się przyciężka i przez to niestrawna

 

_________________________________________________________________________________________________ Lashana

 

Florencjusz jest zaprawionym w bojach rycerzem zakonu Calatrava. Przy tym jest z kilku względów dość niewygodną, dla swojego Mistrza, postacią. Więc kiedy tylko nadarza się okazja zostaje wysłany, żeby nawracać barbarzyńców.
Florencjusz z radością jedzie szukać piekła na ziemi z kolei drugi bohater – Prus chce się raczej z niego wydostać.
Dostajemy sporą dawkę walki między zakonami i waśni między poganami a neofitami; jak pomysł sam w sobie jest ciekawy, tak dawka historii podana językiem ze szkolnego podręcznika jest dość ciężkostrawna. I niezbyt potrzebna – większość dyskusji o polityce i o filozofii rycerzy chrystianizujących modlitwą lub mieczem nie ma żadnego wpływu na fabułę. Do tego Florencjusz cierpi z pasją i uporem godnym bohaterów romantyzmu, a jeśli akurat nie cierpi to rozmawia bądź filozofuje, niestety ani jedno, ani drugie nie ma zbytniego wpływu na klimat, za to ma spory na współczynnik nudy. Średnio na jeden akapit jakiejkolwiek akcji przypada piętnaście stron gadulstwa.
Wszystko to jest podlane fantasy opartym dość mocno na wierzeniach pogańskich. Pomysł świetny, niestety brakuje w tym wszystkim emocji i tak dla odmiany opisu. Wiedza jest nam dawkowana w pociętych, chaotycznych scenach, które utrudniają śledzenie akcji i zabijają resztki klimatu.
Bardzo mi też brakowało opisów okoliczności przyrody – hasła typu „podgrodzie” i „kaplica w Oliwie” niezbyt dobrze oddają wygląd i klimat.
Narracja od czasu do czasu przeskakuje między bohaterami i czytelnik trochę głupieje, bo dopiero po kilku akapitach okazuje się, że zmieniliśmy narratora i miejsce akcji. Bohaterowie mimo że pochodzą ze skrajnie różnych środowisk mają dokładnie taki sam język i podobną skłonność do filozofowania i werteryzmu. Zresztą trudno o niech powiedzieć, że się czymkolwiek różnią, bo ich głównymi cechami są ich cechy hm…. nazwijmy to sobie dla ułatwienia – nadprzyrodzone.
Pomysł był bardzo fajny i ze sporym potencjałem, niestety bohaterowie są sztampowo-papierowi (i werteryczni), klimatu brak, często wieje nudą i dłużyznami.
Dla fanów tematu, reszta zwichnie szczękę ziewając.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *