Mortka Marcin – Nordycka Trylogia (T.2 Świt po bitwie)

Pierwszy tom Nordyckiej trylogii nie wywołał we mnie nadzwyczajnego entuzjazmu, już raczej dezorientację i znużenie. Toteż po drugi tom sięgnęłam z obowiązku niż z potrzeby serca, ot, żeby odfajkować, że się przeczytało. Na całe szczęście tom drugi jest trochę lepszy od pierwszego. Trochę. Nie wpadajcie w zachwyt.  Autor się najwyraźniej zaczął „rozkręcać”.  Miałam wręcz wrażenie, że polubił świat który opisuje i wreszcie się w nim dobrze czuje. Postacie głównych bohaterów nabrały jeszcze bardziej kolorów i wyrazistości,choć niestety w dalszym ciągu trudno wśród nich znaleźć tę jedną naprawdę sympatyczną. No, może karzeł Arnuf. Zresztą sceny z udziałem krasnoludów, to bodaj jedne z najlepszych w tym tomie.  Opisy batalistyczne wciągają swoim rozmachem i nawet dziwaczna maniera z wrzucaniem islandzkich słówek razi nieco mniej.  Mniej papieru w tle, mniej papieru w dialogach i od razu lepiej się czyta…

Ale niestety  to jedyne pozytywy. O ile bowiem w pierwszym tomie był jasny i czytelny podział na starych bogów i Białego Chrysta, o tyle w drugim tomie ten podział przestaje istnieć a mistyka i mitologia wyprawiają coś co można określić jedynie mianem tańca -połamańca. Oto bowiem nagle dowiadujemy się, że Ragnarok się… odbył i starzy bogowie przegrali. Czyli chrześcijaństwo sobie, a Ragnarok sobie. To po co było się Chrystowi ze starymi bogami przepychać? Nie wystarczyło poczekać, aż przegrają i znikną? Co dziwniejsze  ten Ragnarok jakoś nie wszystkich ogarnął, bo Baldur ma się całkiem dobrze, zmartwychwstał, przybył i organizuje  armię ludzko mityczną. Ajc. Co jeszcze bardziej dziwne, Smocze Nasienie choć pozuje na Odyna (ach te posłuszne kruki) mimo Ragnaroku ma się równie dobrze, ba miałam wręcz wrażenie, że to on ten Ragnarok wywołał… i organizuje sobie ludzką armię ( z dodatkiem smoka), żeby odbić Norwegię z rąk chrześcijan. Ajć. Główny bohater, mimo, że chrześcijanin posiada dar berserka i zamienia się wtedy w wilkołaka. Co gorsza, owo zmiennokształtne berserkerowanie  okazuje się być… dziedziczne. Ajć, Ajć, AJć! Autor chyba zapomniał, że fantasy nie oznacza rozbratu z logiką. Tylko czekałam, czy zza jakiego krzaka nie wylezą do kompletu wampiry, ale na całe szczęście, tego nam akurat autor był uprzejmy oszczędzić.

Tak więc dla odmiany, ten tom czyta się łatwo szybko i przyjemnie, pod warunkiem, że się przy lekturze wyłącza myślenie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *