Mróz Remigiusz – Chór zapomnianych głosów

Ciekawa jestem co jeszcze napisze Remigiusz Mróz? Mamy już kryminały w liczbie bardzo mnogiej, (część pod pseudonimem literackim, dzięki któremu pan autor został uznany na Wyspach Owczych za… pajaca), mamy political fiction, mamy thrillery, mamy nawet cykl publicystyczny jak pisać książki, wreszcie o alleluja  mamy science fiction. Nie poważam pana Remigiusza jako autora kryminałów, stwierdziłam jednak, że dam mu szansę jako pisarzowi fantastyki.  Ojej. SF w wykonaniu autora ma typowe cechy jego pisarstwa. Gadulstwo. Plątanie i mieszanie wątku do tego stopnia, że nikt już nie wie gdzie jest przysłowiowy pies a gdzie jego ogon, zaskakujące zakończenie, co prawda logicznie poprawne, ale którego poprawność można stwierdzić dopiero po ponownym prześledzeniu powieści – najlepiej z notatnikiem w ręce. Szczegółowe wyjaśnianie motywów i powiązań tylko po to by na końcu okazało się, że z punktu widzenia fabuły było to do niczego potrzebne.

A zaczynało się całkiem niewinnie i obiecująco, choć jakby nieco znajomo. Na statku kosmicznym Accpiter tajemniczy ktoś wymordował załogę. Zostało dwóch ludzi i tajemniczy morderca. Pusty statek z poszatkowanymi trupami i dwójka z załogi usiłująca przeżyć – wszystko w zimnej pustce kosmosu w której „nikt nie usłyszy twojego głosu”? Hm. Za chwilę będziemy mieli dwa statki, więcej bohaterów, tajemniczą planetę z resztkami konstrukcji i wrotami do innych czasów i światów. Zalatuje Gwiezdnymi Wrotami? Owszem. Dokładniej serią Atlantis wymieszaną z serią Wszechświatem. (W powieści znajdziemy jeszcze kilka kalk z różnych książek i produkcji, ale przyznam szczerze, nie chce mi się tego aż tak szczegółowo analizować). Autor świetnie bawi się czasem, ja bawiłam się znacznie gorzej, raz z powodu dłużyzn, dwa z powodu zacięcia autora aby swoje pomysły „naukowo” uzasadnić. A niestety,… Remigiusz Mróz jest z tych co to chcąc poinformować, że księżyc wzeszedł zrobią wykład z kosmologii, kosmogonii i… kosmetologii, zanim wycisną z siebie właściwą informację. Mamy więc w książce długaśne przegadane wywody grożące czytającemu zwichnięciem szczęki, mające tyle wspólnego z nauką co ja z chińskim baletem. Bohaterowie… oj… tektura, szablon i sztampa. Otoczenie czyli tzw. „okoliczności przyrody”? Znowu sztampa straszliwa, czyli standaryzowany „okrutny kosmos, potworni choć niewidzialni kosmici, śmiercionośna planeta”.

W połowie lektury miałam ochotę wydać z siebie kultowy okrzyk z Kingsajza – „Hejkum, Gejkum, Olo ratuj”.

Podsumowując – nie polecam chyba, że jako środek na podniesienie ciśnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *