Pilipiuk Andrzej – Upiór w ruderze (dwugłos)

4 out of 5 stars (4 / 5)

Kiedy przeczytałam tytuł najnowszej powieści Andrzeja Philipiuka, aż zatarłam ręce. No, czyżbyśmy wreszcie dostali kawałek dobrego humorystycznego fantasy napisanego z polotem i przytupem? Czyżby wreszcie było przy czym pośmiać się głośno a wrednie ciesząc inteligentną rozrywką?Powiem od razu, żeby nie trzymać nikogo w niepewności – nie jest tak słodko, zabawnie, lekko, jakbym chciała. Przynajmniej tak od połowy robi się politykiersko, dusznie, zaś pod sam koniec jest już całkiem przyciężko, wcale nie śmiesznie za to beznadziejnie nudno, bo polityka i to w stylu “obśmiewamy tylko onych, bo reszta to nasi” wyłazi zza każdej literki. I właśnie zakończenie napisane pod tę polityczną tezę jest tym co mi najbardziej w powiastce zgrzytało, a po lekturze pozostawiło z jednej strony niesmak, z drugiej wielki niedosyt, bo naprawdę tam się aż prosiło równie potężne łomotnięcie jak to które nomen omen zaczęło całą historię.

A historia jest niebanalna i  całkiem intrygująco zrealizowana. Oto trzy panny dostają za pokutę straszenie we dworku. A że kara ma trwać bagatela 500 lat to i można się spodziewać czegoś w rodzaju “z historią przez wieki”. Przez wieki? Owszem. Z historią? Też… ale że w takim, co najmniej ekstraordynaryjnym ujęciu, tom się przyznam szczerze nie spodziewała. Czego tu nie mamy! I AK-owców i okupantów, i “ruskich” i naszych rodzimych komunistów i dorobkiewiczów. Galeria typów od sasa do lasa, udatnie przedstawiona, zindywidualizowana, bynajmniej nie papierowa. Czuło się tę złośliwą uciechę autora, portretującego różne arcypolskie i nie polskie typki, wyciągającego najgorsze i najbardziej ikoniczne cechy charakteru.Przyznam jednak, że od pewnego momentu opowieść przestała być dla mnie zabawna i śmieszna. Może dlatego, że z racji wieku naoglądałam się co nieco takich “przemian ustrojowych”, a i pisanie historii pod dyktando zwycięzców też zdarzyło mi się oglądać. Słowem – przy całym chichocie, był to chichot nieco przez łzy.

Mocny, naprawdę mocny średniak

________________________________________________________________________________________________________________ Lashana

4 out of 5 stars (4 / 5)

Zaczyna się mocno filmowo i może nie po hitchcockowsku, od trzęsienia ziemi, ale prawie. Hrabianka z kuzynką postanawiają użyć armaty zdobytej przez dziadka. W całą aferę wciągają służącą, a że żadna nie wie jak machiny wojennej użyć, to kończy się to… przejściem ze stanu materialnego w ten bardziej duchowy. Lukrecja, Kornelia i Marcysia mimo młodego wieku były niezbyt święte więc Anioł Stróż wlepił im pięćset lat czyśćca. A że w czyśćcu tłok, to hrabianka i spółka dostały za zadanie straszyć w rodowym pałacu.
I tak trzy upiorzyce stają się świadkami przemian społeczno-politycznych od czasów II Wojny Światowej.
Tak naprawdę świadkiem i elementem łączącym epoki jest pałac w Liszkowie. Upiorzyce pojawiają się okazjonalnie i są postaciami mocno trzecioplanowymi. Drugoplanowy jest kamerdyner Nepomucen – postać co prawda żywa, ale bardziej barwna i ciekawsza niż lokalne dusze potępione. Postacie pierwszoplanowe zmieniają się razem z epokami i jest to korowód, co prawda barwny, ale bardzo szybko się zmieniający. Bo też nie do końca jest to powieść – raczej zbiór opowiadań połączonych Liszkowem i kilkoma innymi elementami historii. I w sumie sprawdza się to całkiem dobrze. Trochę dlatego, że Pilipiuk lepiej sprawdza się w krótszej formie, ale też taka konstrukcja ma w tym wypadku sporo sensu i osobne epoki-wątki działają tu bardzo dobrze.
Znęcanie się nad historią, polityką i przemianami ustrojowymi idzie autorowi świetnie. Zaczynając od oddziałów AK i okupacji niemieckiej, przez sowietów i socjalizm, po zakładanie PGR’u. I przewijające się historie Kukuły. W każdym z okresów następuje lekka zmiana stylu narracji i wypowiedzi. A przy porównaniach, którymi sypie narrator w czasach PGR’u, autor przeszedł samego siebie i prawie sprawił, że prawie udławiłam się kawą, i to kilka razy. Jest to co prawda nadal humor w Pilipiukowym wydaniu – więc nie dla wszystkich okaże się strawny, ale mam nieodparte wrażenie, że tym razem książka powstawała trochę dłużej niż zwykle i widać to w warstwie językowej. Fajnie, lekko i z Pilipiukowym humorem jest też pokazane jak kolejne ustroje podchodziły do różnych wydarzeń. Niby nie jest to nic nowego, ale można powiedzieć, że książka za zasłoną trochę gorzkiego humoru niesie sporą wartość dydaktyczną. Jedyne co do mnie nie trafiło, to finał, który trochę mi w tym wszystkim zgrzytał.
Tytuł jest mylący, bo mało tu upiorów, za to sporo polityki w Pilipiukowym stylu. Ale jeśli komuś to nie przeszkadza, to i na kiepskie zakończenie można przymknąć oko.
Jeśli chodzi o część audio, to Janusz Zadura jest zdecydowanie jednym z najlepszych lektorów, na których trafiłam. Już po chwili da się zapomnieć, że czyta to jeden człowiek – bez problemu usłyszymy głosy różnych postaci. Intonacja, oddanie atmosfery, granie słowem – jest tu wszystko, co być powinno. Czy bawiłabym się gorzej mając do czynienia z wersją papierową – mocno podejrzewam, że tak. Jednak porównując Wędrowycza (którego też sobie odświeżam w wersji audio) do Upiora to hrabianka i spółka zdecydowanie wygrywają z bimbrownikiem.
Lekka, zabawna, rozrywkowa powieść. Ze wszystkich książek Pilipiuka, z którymi miałam do czynienia (a trochę ich było) przy tej bawiłam się chyba najlepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *