
(2,5 / 5) W carskiej Rosji dwór bawi się, ucztuje i intryguje. W cieniu konwenansów kwitną zakazane miłości, romanse i zwykłe gwałty. Ich cenę ponoszą kobiety i ich niechciane potomstwo. Jeśli kobieta jest majętna lub ma wsparcie rodziny dziecko ma szansę na urodzenie się i w miarę dostatnie życie. Jeśli nie – stanie się kolejnym spędzonym płodem, albo bezimiennym podrzutkiem. Mężczyźni? Najczęściej nie ponoszą żadnych konsekwencji swoich działań. Nawet jeśli chcą się zająć matką i dzieckiem, albo nie daj Bóg wziąć ślub- prędzej czy później dochodzi do interwencji rodziny i problem zostaje w ten czy inny sposób „rozwiązany”.W taki właśnie świat zabiera nas w pierwszym tomie swojej opowieści Monika Raspen. Oto rozpoczął się XX wiek. Wiek, w którym niebawem rozpocznie się I wojna światowa i Europa po raz pierwszy spłynie krwią. A za horyzontem już czai się rewolucja bolszewicka, która pogrąży w chaosie i zniszczeniu imperium Romanowów. Niektórzy z bohaterów opowieści autorki już przeczuwają nadciągający mrok. Reszta się bawi ( albo udaje, że się bawi), kocha, goni za marzeniami, mrzonkami i władzą. Czyli, tak naprawdę nic nowego. Ludzie są tylko ludźmi, zdaje się mówić autorka ustami swoich bohaterek. To samo co w carskiej Rosji dzieje się wszak na dworze brytyjskim i niemieckim.
Opowieść o sercowo – łóżkowych perypetiach rodziny Romanowów czyta się jednocześnie z fascynacją i obrzydzeniem. Dość szybko bowiem do czytelnika dociera, że niemal wszystkie bohaterki i niektórzy bohaterowie nie są dziećmi swoich rodziców. A w najlepszym przypadku nie są pierwszymi dziećmi, bo te zostały gdzieś oddane, z tego czy innego powodu. Jednym słowem, w Europie żyje sporo potomków Romanowów i członków arystokratycznych rodów nie mających pojęcia, że w ich żyłach płynie taka „szlachetna” krew. Gdyby nie to, że sprawdzałam fakty podane w fabule przez autorkę, stwierdziłabym, że dała się ponieść fantazji. Ale nie, faktycznie istniały niektóre z postaci o których pisała. Tu trzeba pochwalić autorkę – tak umiejętnie miesza fikcję z faktami, że bardzo trudno oddzielić jedno od drugiego. I bardzo łatwo się w historii pogubić. Co do bohaterek – trudno się do którejś z nich przywiązać – po pierwsze jest ich bardzo dużo, po drugie są niestety pisane w sposób zero-jedynkowy. Albo są dobre, słodkie do urzygania i szlachetne do przesady, albo podłe, nieuczciwe, wredne i w ogóle błe. Na całe szczęście udało sie autorce nie wpaść w pułapkę określania bohaterów za pomocą ich wyglądu. Źli nie zwasze są brzydcy, choć dobrzy i skrzywdzeni w zdecydowanej większości przypadków są piekni, albo przynajmniej im dobroć charakteru wyłazi oczyma. Akcja pomyka wartko, wątki plączą się mieszają, sprawiając, że momentami opowieść w zamyśle romantyczno – historyczną czyta się jak kryminał. Od czasu do czasu autorka stopuje jednak rozszalała wyobraźnię i raczy nas lirycznymi obrazami romantycznej i obowiązkowo nieszczęśliwej miłości. Ilość nieszczęścia opisanego przez autorkę sprawiła, że w trakcie lektury czułam się momentami zwyczajnie brudna. Oblepiona tym co się z kartek historii spod calej też pozłotki i blichtru wylewało. Ale największym wyzwaniem była dla mnie liczba postaci. Oraz komplikacji pt. kto z kim, kiedy i komu oddał owoc igraszek, lub (wcale nierzadko ) gwałtu. Choć dostajemy litościwie drzewo genealogiczne, to w moim odczuciu przydałoby się jeszcze jedno – drzewo genealogiczne podrzutków. Były momenty kiedy klnąc pod nosem brałam kartkę, żeby sobie rozrysować kto z kim i komu co. W przypadku tak jednoznacznie „kobiecej” literatury takie nagromadzenie wątków jest po prostu męczące i irytujące. Pod koniec niestety robi się jeszcze przewidywalnie i to sprawiło, że miałam wielki problem, żeby dokończyć tę książkę.
Być może kiedyś sięgnę po kolejne tomy. Na razie mam serdecznie dość.