Rettinger Dominik W. – Talizmany

Moje pierwsze spotkanie z autorem (Brainman) nie należało do szczególnie udanych.  Toteż po Talizmany sięgałam z pewnymi obawami, ale też z ogromną nadzieją, że poprzednia książka była po prostu wypadkiem przy pracy albo wprawką i teraz dostanę coś co przeczytam z przyjemnością. Najbardziej jednak wabiła mnie okładka z Krzyżtoporem, który kilka lat temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Niestety. Na urodzie okładki się skończyło.Opowieść jaką tym razem zaserwował nam autor, to skrzyżowanie Chmielewskiej z Nienackim podlane Kalicińską. Z pierwszej wziął spadek oraz rodzinkę z piekła rodem ( Wszystko czerwone, Studnie przodków) i trochę nieco ironicznego humorku. Z Nienackiego masonów poszukujących ukrytego skarbu i nieświadomego rzeczy opiekuna dworu (Tajemniczy dwór). Z Kalicińskiej (Dom nad Rozlewiskiem) osobiste perypetie głównej bohaterki – utrata faceta, pracy, ważnej osoby, mieszkania w  Warszawie. Nie miałabym absolutnie nic przeciwko takiej mieszance, gdyby powstałe dzieło posiadało urok i lekkość choć jednej ze wspomnianych wyżej pozycji. Tymczasem wyszło dzieło przyciężkie, przerysowane, a jednocześnie zadziwiająco naiwne,  z zakończeniem które prowokuje do pacnięcia się w czoło.

Ale po kolei.

Główną bohaterkę poznajemy w momencie modelowego kryzysu rodem z literatury kobiecej. Ten wstrętny „on” ją porzucił. Kolejny wredny on. Co gorsza szefowa chce koniecznie, żeby autorka pisała o nowej miłości owego „onego”. A nasza bohaterka, zamiast radośnie zgodzić się i wykorzystać jedyną w swoim rodzaju szansę na zemstę, unosi się honorem i… traci pracę. No niechby. Jestem w stanie zrozumieć. Ale dalej, bohaterka zaczyna się zachowywać dziwnie by nie rzec głupio. Staje się absolutnie ślepa i głucha na wydarzenia, popełnia seryjne błędy, z których wydobywa się zapewne tylko dlatego, że otoczenie jest jeszcze bardziej beznadziejne. Niestety praktycznie wszyscy bohaterowie zapełniający karty powieści mają.. hm, jakby to delikatnie ując… problemy z logicznym myśleniem,  a właściwie z myśleniem w ogóle. ( Klasą samą dla siebie w kategorii najgłupszy bohater jest niejaka Małgosia, a opis jej perypetii z policjantami w zamyśle zabawny i a’la Chmielewska wyszedł… Wyszedł. I już nie wrócił). Tak czy inaczej bohaterów można podzielić z grubsza na: głupich, wrednych, głupich i wrednych, a także mało że głupich i wrednych to jeszcze ofermy.

Czytałam książkę i zastanawiałam się, czemu autor się tak nad swoimi bohaterami pastwi? Może ma to uzasadnienie fabularne? Niestety. Nie znalazłam żadnego uzasadnienia dla takiego przedstawienia postaci. Zastanawiałam się również, czy głupota i przerysowanie postaci miało nas może skłaniać do śmiechu, jak występy klownów w cyrku, a ja nie gustując w tego rodzaju rozrywce nie umiem jej docenić? Jeśli tak, pozostaje pytanie do kogo wobec tego adresował swoją książkę autor? Kim miał być jego odbiorca skoro zaserwowano mu tak niezgrabne danie?

Wątek historyczny  zawiódł mnie równie mocno. Na dobrą sprawę nie ma tu wątku historycznego. Jest groch z kapustą, pomieszanie z poplątaniem, wszystko po łebkach, byle jak, byle pod tezę pasowało. A szkoda, bo można było rozwinąć chociażby wątek żon Ossolińskiego – miał ich trzy i wszystkie miały na imię Zofia, wątek jego stosunku do innowierców (potomek kalwina, żonaty z arianką zaciekle tępił później i arian i innych innowierców). Nie wykorzystano również teorii jakoby Ossoliński wykształcony przez Jezuitów (uznawanych za… zakon masoński) był masonem.

Wątek ezoteryczny, który nagle wyskakuje z kapelusza sprawia jeszcze gorsze wrażenie. Filip z konopi to przy tym szczyt przewidywalności, a rozważania nad siłą miłości, talizmanów i fontanny  życia nużą, irytują i kompletnie nie pasują do całości.

Na koniec powiem jeszcze, że książka roi się od kalk i „oczywistości”:  jak włoscy mafiozi to koniecznie jeżdżący czarnym jaguarem, jak prawnik przedstawiamy jako 110% męskości to obowiązkowo rozbijający się jeepem,  jak wredna rodzinka to obowiązkowo koszmarna mamusia  i niezguła tatuś – wypisz wymaluj Dulscy, zaś główne postacie romansu noszą imiona Adam i Ewa. Serio?! Nic innego już w kalendarzu nie było?!

Dotrwałam z trudem do końca i nie tylko nie polecam ale wręcz zdecydowanie odradzam! I idę poczytać Boczne drogi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *