Robert J. Szmidt – Samotność anioła zagłady (dwugłos)

Anioł

by Atisza

Dziś będzie fantastycznie, a może raczej postapokaliptycznie.
Nie jest dobrze mieć świadomość, że zniszczyło się życie na ziemi. Ale taki był rozkaz i koniec. Ostatecznie do tej fuchy nie wybierano ludzi o delikatnej psychice. O wiele gorzej jest mieć świadomość, że swoją miłością zabiło się najbliższą osobę. I to całkiem dosłownie, bowiem powodem śmierci partnerki pana oficera z jednostki zwanej „aniołami zagłady” – była ciąża. Tak czy inaczej wredny los spotkał bohatera, jedynego bohatera tej książki.

Pozostaje mu… poszukać innych „aniołów”, takich jak on żołnierzy, którzy śpią gdzieś innych bunkrach, zwanych jakże odkrywczo… arkami.. A, że facet głupi nie jest, czasu na myślenie też ma pod dostatkiem, więc wreszcie zaczyna do niego docierać, że z tym końcem świata, w którym na rozkaz maczał palce coś nie do końca jest tak i chyba ktoś tu przy historii pomajstrował, żeby wyszło „na jego”. Ale jakoś na razie ta wiedza niespecjalnie mu przeszkadza.
Dalej jest już niemal typowa powieść drogi. Tytułowy anioł jedzie z jednego końca Ameryki na drugi, pokonując przeciwności losu i trudności związane z istnieniem w świecie w którym nie ostało się nic co żywe ( stąd jego dość interesująca dieta – wóda, tabletki i dropsy bodaj), ogląda zrujnowany kraj, zabawia się wyciąganiem ze sklepów i marnotrawieniem przeróżnych luksusowych towarów, czasem odstawia Piotrusia Pana, ze wszystkich opresji wychodzi obronną ręką, mimo codziennego ochlaju nie wpada w delirium i tak sobie żyje. Porządna proza drogi powinna jednak no przynajmniej teoretycznie prowadzić ku oświeceniu, oczyszczeniu i przemianie. Nic więc dziwnego, że w trakcie swojej wędrówki na północ Adam również zaczyna co nieco „jarzyć”. Kiedy już przestało go bawić pławienie się w dobrach na które w starym świecie mógłby popatrzyć co najwyżej przez szybkę ( bo jakby wszedł to by go pewnie ze sklepu zaraz wyrzucili…) to wreszcie zaczął myśleć. Myślec nad tym kto u licha zabawił się w Pana Boga i Noego zarazem. Kto nie dość, że zmajstrował światu zagładę to jeszcze tak pokombinował, żeby mieć swoją prywatną armię nomen omen Adamów i Ew ukrytych w Arkach! I w którymś momencie go oświeciło. ( Później okazuje się, że oświeciło całkiem prawidłowo). W efekcie owego oświecenia nasz bohater przechodzi kolejna przemianę. Już raz zmienił się z anioła zagłady w Adasia wędrowniczka. Teraz z Adasia Wędrowniczka zamienia się w Anioła Zemsty i wykorzystując swoja wiedzę o systemach komputerowych w jakie wyposażono schronienia takich jak on – zamyka na zawsze pod ziemią tych którzy zgotowali ludziom zagładę. Ot i tyle w temacie, bo jak zacznę ze szczegółami, to już nikomu nie zechce się książki czytać.
A książkę czyta się dobrze ( o dziwo), chociaż można się przyczepić do braku mapek i dłużyzny jakiej nie ustrzegł się autor kiedy jego bohater wjechał – nomen omen na wielkie niziny.

__________________________________________________________________________________________________

by Lashana

Para amerykańskich wojskowych sypiająca ze sobą po kryjomu (bo oficjalnie oczywiście nie wolno) zjeżdża do bunkra na kolejną rutynową szychtę przy czerwonym przycisku mogącym rozpieprzyć pół świata. To co miało być kolejnym dniem w pracy robi się szybko ostatnim, kiedy w stronę US lecą ruskie i chińskie rakiety. Bohaterowie po wykonaniu rozkazów (czyli demolki Euroazji) udają się do komór kriogenicznych, gdzie będą czekać na odrodzenie ziemi – rakiety trineutrinowe czyli nowe zabawki wojenne nie zostawiają po sobie zbyt promieniowania tylko tłuką wszystko co jest żywe i biologiczne… łącznie z roślinkami i biopaliwem. Jednak Adam budzi się sam i na dodatek o kilka lat za szybko. Z braku zapasowej komory nie może się ponownie zamrozić i czeka go podróż przez całe Stany do głównego ośrodka gdzie mają nadmiar zabawek.
Samo założenie braku zapasowej komory jest dziwne, ale można na nie przymknąć oko ze względu na podróż przez zrujnowany, wyludniony kraj z dodatkowymi atrakcjami – biopaliwa trafił szlag, jedzenie też, roślinności brak, więc nawet żadnego sadu nie da się obrobić ( zastanawia mnie co się stało z atmosferą jeśli nie ma drzew.. no ale…). Kilka fragmentów książki jest podanych czytelnikowi na zasadzie deus ex machina i tylko po to żeby autor (bohater) dostał odpowiednią zabawkę. Reszta to trwająca miesiące podróż targanego wyrzutami sumienia bohatera, którą bardzo dobrze się czyta. Owszem jest kilka zgrzytów i kilka wątpliwych pomysłów (np. żywienie bohatera) jednak wizja świata wciąga i z niedoskonałości zdajemy sobie sprawę dopiero po zamknięciu książki. Jest to trzecia książka Smitha, którą czytałam, zdecydowanie najlepsza i jedyna mająca sensowną historię i wykonanie, więc kiedy zabierałam się do lektury spodziewałam się czegoś dużo gorszego… miło jest być przyjemnie zaskoczonym.
Jedyna rzecz, która mi przeszkadzała podczas lektury to brak mapki. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na tego typu dodatki, ale tutaj wybrana przez Adama droga jest dość istotna, a wątpię że przeciętny czytelnik zna geografię Ameryki na tyle dobrze, żeby wiedzieć gdzie prowadzi która autostrada.
Polecam, mimo kilku potknięć, interesująca i dość nietypowa lektura (bo w końcu ile jest wizji postapokalipsy made in Poland).
Dobre

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *