Tidhar Lavie – Stacja Centralna

Ta książka jest jak senny koszmar. Niby wszystko wiesz, niby wszystko rozumiesz, każdy element układanki jest ci znany… osobno. Ale razem, razem nic nie pasuje do niczego. Nic nie jest takie jak powinno. I powiem wam, że jeśli nasza przyszłość ma wyglądać tak jak jak wieszczy Autor… to ja chyba podziękuję. Tytułowa stacja centralna to twór wyrosły na terenach dzisiejszego Izraela. Miasto – narośl które wykwitło na terenach dawnych konfliktów i wojen. Czy miało te wojny kończyć, czy było budowane po to by zyskać militarną przewagę? Nie wiemy. I stan niewiedzy jest w zasadzie jedyną pewną informacją jaką posiadamy w trakcie lektury. Autor stworzył bogaty świat. Z historią, mitologią, obyczajowością. Ale o każdy kawałek tego świata musimy z nim walczyć. Wyszarpywać z tekstu zdanie po zdaniu, strona po stronie. Pocić się i męczyć. Wracać czasem stronę, czasem kilka zdań wstecz, aby w pełni zrozumieć wizję świata jaki nam prezentuje.

A świat przedstawiony w Stacji Centralnej jest, przynajmniej dla mnie – straszny. Straszny swoim prawdopodobieństwem.Straszny tym, że na dobrą sprawę jest logicznym ( choć przy okazji dość obrzydliwym) rozwinięciem naszej rzeczywistości. Światem, w którym całkiem dosłowne staje się dzisiejsze zawołanie „nie masz Facebooka/Twittera/Instagrama/…. nie istniejesz. Osoby bez wszczepionego łącza do sieci są uznawane za niepełnosprawne, wręcz kalekie. Sieć nosząca wdzięczną nazwę „Konwersacja” jest wszczepiana noworodkom. Od pierwszego oddechu po wydobyciu ze sztucznej macicy każdy jest online. To rozwinięcie dzisiejszych smartfon_zombie. I absolutna totalna inwigilacja. Każdy ma dostęp do każdego w każdej chwili.  Można nawet zbiorowo dziedziczyć wspomnienia wszystkich członków rodziny.  Zawsze się chwaliłam, że mam całkiem niezłą wyobraźnię. Jednak przy koncepcie dziedziczonej pamięci – wymiękam.

Poza tym , no cóż mamy wszystkie motywy, które już dziś są obecne: sztuczną inteligencję, która sobie żyje w symbiozie,  ( choć raz AI nie jest złowieszcze i krwiożercze. To po prostu inna rasa, inny byt, który siedzi sobie gdzieś z boku i ma ludzi w nosie), weteranów dawnych wojen, takich uniwersalnych żołnierzy, realną pracę w wirtualnej rzeczywistości, kolonizację  innych planet…. Znacie, prawda? Okazuje się, że wcale nie. Wszystkie te, pozornie  znajome motywy są wykoślawione, wypaczone, inne. Nawet religia okazuje się nie mieć nic wspólnego z religią w znanym nam pojęciu. Bogami mogą stać się nowe konstrukty, wirtualne i rzeczywiste, ukrzyżowanie to narkotyk, który zażywają wierni w trakcie  czegoś na kształt nabożeństwa.  Powoli zaczynamy dostrzegać, że wiele z przedstawionego świata ma swoje korzenie w jakiś konfliktach zbrojnych. Wojnach o których nie wiemy nic, poza tym, że pozostali po nim „uniwersalni żołnierze”, wampiry danych osobowych , a genetyka stała się  dziedziną militarną.

Lektury nie ułatwia konstrukcja książki, która jest raczej zbiorem mikroopowiadań niż powieścią. Poznajemy całą plejadę bohaterów, ale znowu – pokazanych nieostro, jakby przez szybę i to dość zapaćkaną. Dzięki takiemu zabiegowi czułam się rzeczywiście jak jeden z bohaterów pozbawiony Konwersacji – niepełna i odcięta od potrzebnych informacji. NIe mogąca nikogo i niczego poznać naprawdę, ba poznać w ogóle.

Trudna lektura, dla amatorów tematu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *