Tomczok Marta – Blizny. Krajobrazy po przemyśle

 4 out of 5 stars (4 / 5) Autorka jest historyczką literatury, mieszka w Katowicach. Ale tak naprawdę to jest śląska dziewczyna ze Szczygłowic, to jest rejon Wodzisławia Śląskiego, tam się wychowała. I – stamtąd musiała odejść, bo w tym miejscu nie za bardzo dało się już mieszkać. Tam jest Rybnicki Okręg Węglowy, kopalnie fedrują, a potem zapada się ziemia, rzeczka zmienia bieg i robi się zalanie. Następny etap to powódź, woda robi
swoje i nie da się mieszkać, bo zalewisko zostaje. Może właśnie dlatego Autorka zainteresowała się terenami poprzemysłowymi, w właściwie losami ludzi wysiedlonych i wykorzenionych przez ciężki przemysł. A właściwie nawet nie losami, tylko tym, co to wyrwanie z korzeniami pozostawiło w ich głowach i duszach.
Jest tego sporo – a to byłe uzdrowisko Opolno Zdrój, „załatwione” przez kopalnię węgla brunatnego w Turoszowie, i to wykańczane powoli, na raty, po kilka budynków, które – już opróżnione z mieszkańców – stoją jeszcze, ale w coraz gorszym stanie, a ich los jest przesądzony.
Jest rejon Bełchatowa i znowu kopalnia węgla brunatnego – w tym przypadku wieś może zniknąć pod monstrualną hałdą nadkładu (sztuczna góra Kamieńsk….) albo przeciwnie – w jej miejscu powstaje, jak to ładnie określają inżynierowie, wkop – znaczy się kilkusetmetrowej głębokości dziura w ziemi, na której dnie jest upragniony węgiel dla elektrowni. Może też być tak, jak w Rybnickim Okręgu Węglowym – zielone pola, doliny pełne ptaków – a pod nimi węgiel koksujący, bardzo ważny nawet teraz, a co dopiero w czasie słusznie minionym… Że kopią pod ziemią? – no tak, ale oprócz węgla z kopalni wyjeżdża także to, co węglem nie jest -skały, iły, ziemia i nie wiadomo co jeszcze. I to wszystko trzeba zwalić na hałdę – zwałowisko kilometr czy więcej wzdłuż i wszerz, no i kilkadziesiąt metrów wzwyż. I tam, gdzie śpiewały ptaki – teraz jest hałda, a jej nacisk jest tak potężny, ze wyciska wodę z całej okolicy i powoduje osiadanie okolicznych gruntów. A także domów, w których wciąż mieszkają ludzie, wszelkiego rodzaju instalacji i wszystkiego co tam jest….
To nie musi być węgiel – w rejonie Tarnobrzega wysiedlono wieś Machów, bo ktoś w Warszawie wymyślił, ze będziemy wydobywać siarkę metoda odkrywkową. To nic, że była już metoda wytopu podziemnego gorącą parą, stosowana w sąsiednich lokalizacjach. My tu będziemy kopać, a siarka pójdzie na eksport do Związku Radzieckiego (w końcu po to budowano szerokotorową Linię Hutniczo-Siarkową, miała nią jechać ruda do Huty Katowice, a w drugą stronę właśnie siarka). No i co? – rynek radziecki i poradziecki praktycznie się skończył, a produkcja z wytopu podziemnego w zupełności wystarcza, a i siarka jest lepszej jakości niż z odkrywki. To akurat wysiedlenie okazało się kompletnie po nic – teraz
wkop jest zalany i powstało tam jezioro. Inna rzecz, że wolałbym się tam nie kąpać – po tej całej siarce  musi być dziwne PH wody.
Jest jeszcze casus Burowca – to była taka mała enklawa w Szopienicach (dzielnica Katowic), przyklejona do huty cynku i ołowiu zbudowanej w XIX wieku przez spółkę „Giesche”, zresztą tak samo jak połowa śląskiego przemysłu. Oczywiście zanieczyszczenie było potężne, to są metale ciężkie, więc odkładają się w organizmie człowieka i trują. W latach 90-tych hutę zlikwidowano, więc i większą część osiedla też. Teraz tam jest skwer – i jeżeli nie wiesz, to nie zorientujesz się, że to właśnie jest Burowiec, bo nie ma już familoków i ajncli, a śląskie omy nie wyglądają już z okien…
Autorka wykonała potężną pracę dokumentacyjną – jeździła w te miejsca, rozmawiała z ludźmi, ale też analizowała teksty dotyczące tych miejsc, zarówno literackie, jak i reporterskie. Te ostatnie, zwłaszcza z lat 60-tych i 70-tych potrafią być koszmarnie załgane, ale to też dokument epoki….
Bardzo ciekawe są opisy strategii wysiedlanych ludzi – jedni zostawili swoje miejsca na ziemi i poszli budować kolejne gdzie indziej, inni wciąż czują się pokrzywdzeni i wykorzenieni. Niektórzy organizują się w gronie dawnych sąsiadów i spotykają się jak najbliżej swojej dawnej wsi – ale to chyba działa tylko w pierwszym pokoleniu, a w drugim już nie bardzo. Inni starają się dokumentować to, co było, żeby choć trochę ocalić od zapomnienia świat, którego już nie ma. Nie ma i już nie będzie, bo te miejsca po prostu przestały istnieć – i ta świadomość jest chyba najgorsza.

Dobra i ważna książka – jeżeli chcecie poznać opowieść o utraconych światach i ludziach, których wyrwano z korzeniami – przeczytajcie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *