
(1,5 / 5)
Czasem kusi mnie, żeby w recenzji kolejnego tomu Viriona po prostu przykleić opinię na temat któregoś z poprzednich tomów. W końcu w wykonaniu autora jakoś to działa…
Po raz kolejny dostajemy więcej tego samego. Znaczy: dużo gadulstwa o niczym, chlania wódki, rozmów o „dupach” i pseudo‑filozoficznych wywodów na temat walki. Chociaż trzeba przyznać, że stwierdzenie, że ostrza smaruje się olejem (lub tłuszczem z pieczeni, serio, serio), żeby było je łatwiej wyjąć, doprowadziło mnie do takiego płaczu ze śmiechu, że prawie wynagrodziło to przebijanie się przez resztę książki. Główną zmianą w stosunku do poprzednich tomów jest tytułowa pustynia. Może i nie odgrywa szalenie istotnej roli, ale zmiana krajobrazu trochę urozmaica gadulstwo postaci.
Dowiadujemy się też więcej o głównym wątku fabularnym, który przewija się przez wszystkie tomy, ale w porównaniu z kilkoma innymi scenami, które były całkiem niezłe, główny spisek wypada strasznie blado.
Jeszcze gorzej wypada zmiana charakteru postaci. I to niejednej. Z tomu na tom Hekke bardziej głupieje. Jest to o tyle ciekawe, że orłem a Achai to on może nie był, ale od największego wiejskiego przygłupa też mu było dość daleko. Ale powiedzmy, że to jest kontynuacja trendu, podobnie jak Casjopea, która wpisuje się w często wspominane przez autora: „takie mądre te kobiety czasami, a takie głupie”. Najgorzej wypada Taida, która nagle musi mieć chłopa, a na dodatek rzeczony chłop bardzo szybko zaczyna za nią myśleć. Za prokurator, która doszła do jednego z najwyższych stanowisk w państwie pomyślunkiem i nieszablonowymi rozwiązaniami. Aha… to ja może wezmę przykład z bohaterów i sobie coś strzelę, tak żeby jakoś dotrwać do końca tekstu…
W trakcie finału faktycznie okazuje się, że strzelenie sobie czegoś mogłoby być dobrym pomysłem, bo co prawda sporo się dzieje i jest trochę suspensu, więc zasnąć się nie da, ale rozwiązanie jest tak bardzo deus ex machina, że nawet bohaterowie nie wiedzą, co się dzieje. A zamieszanie jest takie, że zyskują też dodatkowe umiejętności i nawet tego nie zauważają. Ot, magia.
Wszystkie wady serii – są. Biorąc pod uwagę, który to już tom, raczej trudno się było spodziewać czegoś innego. Jednak w tej części akcja toczyła się bardziej wartko – trochę pomógł wątek księżniczki Troy, trochę zmiana otoczenia, w którym musiała sobie poradzić drużyna morderców do wynajęcia, a trochę to, że w końcu dowiadujemy się czegoś konkretnego, dzięki czemu łatwiej jest się przebijać przez kolejne strony, na których nic się nie dzieje.