Beaulieu Bradley P. – Wichry archipelagu (dwugłos)

wichry_archipelagu  Seria Nowej Fantastyki wydawnictwa Pruszyński i Ska w większości oferuje dobrą literaturę fantasy. Jedyną naprawdę porządną „wtopą” tej serii jest moim zdaniem Dziewczyna płaszczka. Jednak wśród bardzo dobrych powieści wydanych w tej serii ( Wilczy miot, Wilczy Amulet, seria Namiestniczka,  seria Odkrycia Ryirii)  trafiają się czasem i pozycje słabsze. Do takich właśnie moim skromnym zdaniem należą Wichry Archipelagu.To jeden z tych przypadków, kiedy pomysł  i zawarty w nim potencjał nie zostały należycie wykorzystane. Zacznijmy od pomysłu. W trakcie lektury  kilkakrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że słyszę mniej lub bardziej wyraźne echa motywów wykorzystanych już w innych powieściach. Chwilami zalatywało Diuną i Bene Gesserit, chwilami trąciło Cyklem demonicznym  (ach te opisy demonów …), kiedy indziej fabuła całkiem niedelikatnie woniała Elantris Brandona Sandersona. Rzecz jasna, nie chodzi tu o jakieś brutalnie wyraźne zapożyczenia, o nie. Raczej o wydźwięk, o ten specyficzny fetorek unoszący się nad całokształtem. A gdy już przestaniemy się zastanawiać nad tym , z którą inną powieścią kojarzy nam się ten czy inny wątek, będziemy musieli zadać sobie pytanie co tak naprawdę wiemy o świecie przedstawianym przez autora. A wiemy niezbyt wiele. Obraz jaki wyłania się z kart powieści jest szalenie chaotyczny. Jakieś państewka rozrzucone na wysepkach, cierpiące  od tajemniczej zarazy, jakieś ludy, jakaś zastarzała niechęć. Zamiarem autora było zapewne stopniowe odkrywanie wraz z czytelnikiem świata i jego tajemnic, ale przy tak szeroko zakrojonym planie fabularnym  na jakim nakreślił on Wichry, takie rozwiązanie okazało się całkowicie chybione. Zamiast bowiem odkrywać kolejne kawałki układanki stajemy tylko przed coraz większą  liczbą zagadek, z rosnącym niedosytem i potężniejącą irytacją. Skąd przywędrowali Lądowcy? (i dlaczego na wszystkie bogi są stylizowani na Rosjan?!) Czy matry  to tajemniczy zakon trzęsący polityką  i światami? W co wierzą ludy zamieszkujące archipelag? Skąd się wzięła nienawiść jednych do drugich i trzecich? Skąd tak szalony pomysł żeby okręty miały żagle i maszty na 4 strony?! Usiłowałam wyobrazić sobie sterowanie czymś takim, jakąkolwiek fizykę i zwyczajnie wymiękłam. Tym bardziej, że autor wyjątkowo nie ucieka się  do tłumaczenia niedorzeczności magią. Tu jako jedyna magia występuje współpraca czy raczej sterowanie duchami powietrza.
Podsumowując – przedstawiony świat jest niespójny, brak jest jakiegoś klucza geograficzno-ekonomiczno-politycznego, zarysowane konflikty sprawiają wrażenie wymyślonych na kolanie, a wspomniana już stylizacja na Rosjan przejawiająca się głównie  w piciu wódki kubkami, wrzucaniu rosyjskich słów, i przekręconych imionach zwyczajnie irytuje.  Jak już wspomniałam magia i wiara są w książce dość mocno splecione, a ich cechą dominującą jest to, że podobnie jak w przypadku całej reszty – niewiele o nich wiemy. Jedni się łączą z duchami (demonami?) przy pomocy kamieni, inni potrafią to bez kamieni, jedni panują nad duchami, inni tak sobie, jedni mogą korzystać z eteru, inni nie mogą albo im się nie pozwala, ale co, kto, kiedy i na jakich zasadach? Nic nie wiadomo. Podobnie jak nie wiadomo czemu Aramani i Maharraowie popadli w konflikt. Ani czemu powstała szczelina. Ani kim jest tajemnicza trójka bohaterów, ( bogów?) z przeszłości.  A skoro już o bohaterach mowa: nie zachwycają. Są nudni, jednowymiarowi, pozbawieni emocji, a przynajmniej ukazani tak, że czytelnik obserwuje ich teoretycznie wielkie przeżycia, cierpienia i przełomy wewnętrzne kompletnie bez emocji, ba czasami wręcz lekko znudzony. Co gorsza na samym końcu autor zaczyna nagminnie wykorzystywać motyw „zabili go i uciekł” i czytelnik zaczyna się gubić kto został zabity tylko ciut, ciut a kto na amen…
A jednak  przeczytałam książkę do końca. Po części dlatego, że liczyłam na jakieś wyjaśnienia, po części zaś byłam ciekawa, ile jeszcze można w fabule nabałaganić, jakie nowe wątki upchać i nie rozwiązać. Od znajomego usłyszałam, że książka ukazuje swoje bogactwo i głębię dopiero wtedy kiedy przeczyta się ją trzy razy za każdym razem skupiając na czymś innym. Jeśli zatem ktoś z was ma dość cierpliwości i czasu na trzykrotne zmagania z Wichrami – proszę bardzo, czytajcie.  Ja poszukam czegoś bardziej udanego.

___________________________________________________________________________________________________________ Lashana

Książę Nikandr Jarosław Kałakow jest drugim synem panującego Jarosa, więc tronu nie przejmie, ale zawsze może się przydać jako dobra partia do zawarcia politycznego małżeństwa. Dzięki ustaleniom swojej matki Niszka ma poślubić Atianę, córkę Żabina, żeby zawrzeć przymierze polityczne z rodem władającym sąsiednim archipelagiem. Jak się można domyśleć książę nie jest z tego powodu za szczęśliwy. Jednak małżeństwo zaczyna być najmniejszym problemem obu rodów, kiedy na władców zaproszonych na ceremonię zastawiają zasadzkę Maharraci – radykalny odłam koczowników i władców żywiołów.
Ojojoj…. Sztampowy młody książę (z obowiązkową kochanką), sztampowa narzeczona i jeszcze bardziej sztampowa starsza siostra. Rodzice państwa młodych, którzy zamiast charakterów mają programy polityczne i tuzin postaci pobocznych – wrednych egoistów, durnych bardziej niż ustawa przewiduje. A całe to towarzystwo jest jednowymiarowe i nudne i jakieś takie nijakie. Kiedy bohaterowie przeżywają rozterki – czytelnik ziewa, kiedy się martwią – ziewa, kiedy planują – ziewa, kiedy walczą – ziewa jeszcze szerzej, bo wiadomo, że nic nikomu się nie stanie.
Fabuła jest mieszanką – intryg dworskich, knujących fanatyków, romansów, wędrówki dusz i tajemniczej zarazy, co sprawia wrażenie poklejonych na siłę, chaotycznych epizodów połączonych imionami głównych bohaterów.
A wszystko to w dziwnym świecie latających statków z masztami w czterech kierunkach (fizyka uciekła chyba ma inne archipelagi ), które umożliwiają komunikacje i handel między wyspami zamieszkałymi przez pseudo-Rosjan (chociaż ich rosyjskość objawia się głównie w rzucaniu okazjonalnego „niet” i rosyjsko brzmiących nazwach statków) i Aramanów – wędrowców, koczowników i magów… Zaleciało mocno Diuną, trochę mniej Czarnoksiężnikiem z Archipelagu.
Niestety w przeciwieństwie do dwóch klasyków tutaj fabuła i świat przedstawiony budzą sporo wątpliwości – od systemu politycznego zaczynając, przez funkcje matek rodów i latające statki na regułach wywoływania żywiołaków kończąc. Większość elementów świata budzi więcej pytań niż odpowiedzi, a te które wydają się nam jasne szybko zostają zmienione lub naciągnięte, jeśli akurat tego wymaga fabuła.
Wichry archipelagu czytało się koszmarnie. W tej książce irytowało mnie praktycznie wszystko – częściowa stylizacja rosyjska, niedopowiedziany świat, jednowymiarowi, nudni bohaterowie i poszatkowana fabuła. W tym chaosie może i by udało się znaleźć dobre strony powieści – wątek głów rodów (ciekawy, ale nie do końca wyjaśniony), brak kontynentów, bogata historia ( której strzępki przedstawia autor), ale są one tak głęboko pogrzebane, że trudno je zauważyć.
Gniot z oparami rosyjskiej wódki, które nijak nie pomagają… .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *