Larson B.V. – Rebelia (Rebel Fleet. Tom 1)

0.5 out of 5 stars (0,5 / 5)
Nie przepadam za pomysłami literacko-ekologicznie słusznymi – już wielokrotnie przetworzonymi i przemielonymi. Ale kiedy autor cytuje sam siebie i wykorzystuje po raz kolejny te same pomysły i schematy, to jest to całkiem osobna kategoria „inspiracji”.
Rebelia zaczyna się podobnie jak Rój – kosmiczna flota szuka na Ziemi przymusowych ochotników do walki z inną kosmiczną flotą. Ochotnicy mają przy okazji uratować Ziemię.
Tylko tym razem wybór pilotów jest rozwiązany ciut sensowniej, a ci którzy mieli pecha dostać się do załogi przechodzą nawet jakieś szkolenie zanim zostaną wysłani do walki. Więc pod tym względem jest trochę lepiej niż w drugiej serii popełnionej przez autora. Co nie zmienia faktu, że główna oś fabularna jest prawie identyczna. I że nazwanie tego pretekstu do kosmicznej nawalanki fabułą i tak jest sporym nadużyciem.
Główny bohater i w tym przypadku jest mocno bezbarwną męską wersją Marysi Zuzanny: obcą technologię rozgryza w trzy sekundy, taktykę walki opanowuje po jednym rzucie oka na mapę, a intrygi wewnątrz floty pełnej obcych przewiduje po trzech zdaniach rozmowy, jakby niczym innym całe życie się nie zajmował. Ba, nawet kochankę z innej galaktyki znajduje bez trudu… nieważne, że ma ona spiczaste uszy, ogon, jest porośnięta futrem i wygląda jak spełnienie mokrego snu furries. Zresztą jest określana w tekście najczęściej jako „kotka”.
Kiedy przebrniemy razem z bohaterem przez okres gwiezdnej unitarki i zacznie się prawdziwa akcja, zostaniemy nagle przeniesieni w świat Gwiezdnych Wojen, gdzie nasz heros bawi się w Luka Skywalkera na pokładzie X-winga. Zwłaszcza pierwsza bitwa jest tak bardzo przeniesiona ze świata Jedi, że w tle prawie słychać muzykę Williamsa. Pomysły wzięte z paru innych kosmicznych serii też można by bez trudu znaleźć w tym koszmarku.
Pozostali bohaterowie to albo urozmaicacze krajobrazu, w przypadku obcych, albo tło dla zajebistości głównego bohatera.
Nie, nie i jeszcze raz nie. Autoplagiat z pretekstową fabułą, praktycznie brak jakiejkolwiek inwencji twórczej autora (chyba, że zaliczymy do niej seks z kosmicznym kotem), zapożyczanie wszystkiego, czego tylko się da. Siła zajebistości bohatera mogąca planety przenosić i dialogi, od których cierpną zęby.
Kandydat do najgorszej książki roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.