Levin Daniel – Prawo Koloseum

koloseum

Historia pełna jest kontrowersyjnych wydarzeń i kontrowersyjnych postaci, które w zależności od punktu siedzenia można oceniać tak lub siak.
Historia pełna jest zagadek które – jak problem szachowy, można próbować rozwiązać na wiele sposobów. I wreszcie – w historii, choć to wbrew pozorom nauka bardzo logiczna wciąż funkcjonują mity i legendy, za którymi uganiają się tabuny współczesnych Percewalów. Właśnie dlatego Dan Brown i jego naśladowcy długo jeszcze będą mieli o czym pisać. Naśladowców tego ostatniego dzielę zaś na  tych którzy umieją pisać, tych którzy umieją naśladować i resztę która nie umie ani jednego ani drugiego. Bardzo rzadko, niemal tak rzadko jak czarna perła trafia się naśladowca doskonały – taki który umie i pisać i naśladować. Co by nie powiedzieć – Daniel Levin potrafi i jedno i drugie.
Swoją opowieść oparł na historii jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci historii żydowsko – rzymskiej. Na Józefie Flawiuszu, dla jednych wielkim zdrajcy i zaprzańcu, dla drugich mistrzu tajnej gry, który jak nikt inny wodził rzymian za nos. A ponieważ historie “browno-podobne” muszą mieć w tle wielką tajemnicę  – dorzucił legendę o wielkim złotym świeczniku. O legendarnej menorze ze świątyni Salomona.  Rzecz jasna, w dobrze skonstruowanej książce awanturniczej muszą być siły zła. Najlepiej pod postacią zbrodniczej, bajecznie bogatej i strasznie tajemniczej organizacji. W Prawie Koloseum wyjątkowo nie są to Iluminaci, Masoni, Templariusze, ani Kościół Katolicki. Zgodnie z pewnym trendem tym razem mamy organizację wyrastającą z tradycji asasynów, choć autor do końca nie mógł się zdecydować czy to bardziej Arabowie, czy bardziej muzułmanie. A skoro są Arabowie to musi być i Mossad. Akcja od początku toczy się żwawo, choć nie wtłacza w fotel. Ot, młody prawnik sprzedający się korporacji ląduje nagle w Rzymie gdzie ma się wypowiadać bardziej jako specjalista archeolog niż prawnik. Kiedyś był archeologiem i to “z widokami” na karierę, ale nieszczęśliwy wypadek kolegi karierę tę przekreślił. Szybko jednak okazuje się, że natura ciągnie wilka do lasu i pan prawnik zaczyna się zachowywać jak Indiana Jones. Razem ze swoją koleżanką podążają tropem tajemniczych ludzi niszczących zabytki coraz wyraźniej łączące się z Józefem Flawiuszem. Zło, w postaci przekupionego policjanta depcze im po piętach i stara się zrobić kęsim. Fabuła może niezbyt porywająca i w dodatku rozwiązywana liniowo (choć na kilku planach), czyli podążamy od zagadki do zagadki, ale wbrew pozorom czyta się toto całkiem nieźle. Momentami tylko logika zaczyna popiskiwać cienko – poddając w wątpliwość możliwość wejścia na pokład samolotu bez zwracania czyjejkolwiek uwagi dwójki brudnych i zapewne niezbyt ładnie pachnących ludzi. Nawet jeśli to lot ONZ to mimo wszystko…  Równie mało logiczna jest dziwna nieudolność zabójcy nasłanego śladem tych dobrych. Jak by nie próbował – ciągle mu się nie udaje. Jeśli chodzi o tło historyczne i współczesne czepiąc się nie mogę, autor się postarał. Postacie… są równie “porywające” jak te u Browna (choćby w Demonach i Aniołach). Zagadki, no cóż, wydają się skonstruowane dobrze, przy pewnym poziomie paranoi można je również stosunkowo łatwo rozwiązywać. Dialogi… yyy, może zostawmy je w spokoju. Wątek romansowy, choć potrzebny jak kula u nogi, jednak obowiązkowo obecny. Mistyka? Również się objawia choć na całe szczęście na końcu i w ilościach nie powodujących wielkiego zniecierpliwienia.

Podsumowując. Fani Dana Browna i teorii spiskowych wszelkiej maści powinni być usatysfakcjonowani. Zwykły czytelnik też za bardzo nie może narzekać. Ot taki sobie dobrze napisany przeciętniaczek bez zbytnich ambicji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.