Maberry Jonathan – Fabryka smoków

Po przebrnięciu z trudem i niesmakiem przez pierwszy tom, nie spodziewałam się literatury wysokich lotów po tomie drugim. Chyba, że wysokie loty uznamy książkę wylatującą za okno. Jednak Fabryka nawet na tego typu loty nie może liczyć, bo podobnie jak tom pierwszy, wywołuje głównie nudę.
Tym razem zamiast zombie wyprodukowanych za pomocą wirusów mamy mieszankę wybuchową wirusów, klonowania i manipulacji genami. I jeszcze nazistów, jakby tego wszystkiego było mało. Czarne chartery są jeszcze bardziej przerysowane niż w tomie pierwszym, i to do takiego stopnia, że już nawet zombie z pierwszego temu były bardziej prawdopodobne. Bo co można powiedzieć o czarnym charakterze, który zabija kogoś tylko dlatego, że jest wtorek, a on nie lubi wtorków i który raczy się kotletem z dodo. Źli niższego szczebla są tak przepakowani, że pokonać mogą ich tylko nasi szlachetni bohaterowie siłą swojej zajebistosci. Momentami miałam wrażenie, że śledzę kiepsko opisane starcie X-Menów. Wszystko jest tak bardzo czarno-białe; źli są czarni jak czarna dziura, dobrzy kryształowo czyści, nawet jeśli muszą akurat kogoś torturować. Tym razem, żeby jakoś ogarnąć upływ czasu i przekonać do niego czytelnika, co niezbyt udało się w Pacjencie Zero, autor zastosował odliczanie, i dodał je do tytułów rozdziałów. Śledzimy więc akcje minuta po minucie (dosłownie) czasem w kilku miejscach równolegle i ziewając z nudów staramy się pozbyć wrażenia oglądania za długiego, kiepsko nakręconego filmu sensacyjnego klasy Z, w którym nazwanie aktorów drewnianymi kołkami to już komplement. Jako urozmaicenie do krótkich, poszatkowanych rozdziałów, które chyba miały sprawiać wrażenie szybkiej akcji autor funduje nam nowe informacje, przy których apokalipsa zombie jest rzeczą tak prawdopodobną, że aż oczywistą. Bo nagle w środku sensacyjnej strzelaniny dostajemy na przykład… jednorożce, ale cała reszta fabuły jest tak absurdalna, że nie robi to na czytelniku specjalnego wrażenia.
Nawet biorąc pod uwagę, że miała to (chyba) być sensacja w stylu pulp fiction i campu skrzyżowanego z nowoczesnym podejściem do Martwego Zła to całość i tak jest niestrawna – pomijając już poziom absurdu, spisków i konspiracji przekraczający wszelkie normy. Pomijając bardzo mało spektakularne zakończenie, podejście: nauka i naukowcy są źli, ale informatycy są cool, przerysowane wydmuszki udające postaci, to całość jest najzwyczajniej w świecie upiornie nudna. A to coś na co trudno przymknąć oko czytając powieś sensacyjną.
Gniot straszliwy, gorszy niż tom pierwszy. Zdecydowanie kandydat na najgorszą książkę roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *