Michael J. Sullivan – Pradawna Stolica. Tom szósty odkryć Riyrii

stolicaPora kończyć różne cykle które zaczęłam „obgryzać” jeszcze w ubiegłym roku. Wygrzebałam zatem ze stosiku ostatni tom przygód dwóch łotrzyków którzy tak naprawdę łotrami nie byli, choć co tu kryć, niejedno mieli za kołnierzem i wzięłam się za czytanie.  Przedostatni tom przygód Royce’a i Hadriana, pomimo tego, że oceniłam go pozytywnie –  zmęczył mnie  potężnie, więc nie specjalnie spieszyłam się do lektury „Pradawnej stolicy”. Tymczasem okazało się, że ostatnią część Odkryć Riyrii, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Jak było do przewidzenia, autor wziął się w niej do wyjaśniania wszystkich zagadek i rozwiązywania wszystkich fabularnych węzełków jakie w swojej opowieści pozawiązywał.Dowiemy się zatem wreszcie kto jest prawdziwym spadkobiercą Novrona, skąd w książce wzięły się różne artefakty i jak to było ze zniszczeniem dawnej stolicy.  Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że na koniec autorowi czknęło się Tolkienem. W obliczu nadchodzącej zagłady zawiązuje się bowiem kompania mająca jej zapobiec poprzez odnalezienie tajemniczego artefaktu opisanego w pieśniach i legendach.. W skład drużyny wchodzi krasnolud, pólelf, czarodziejka, potomek olbrzymów, czempion…. podobne? Oj podobne. Tylko zamiast hobbitów mamy olbrzyma. Drużyna schodzi do podziemi, aby tamtędy dotrzeć do ruin pradawnej stolicy, więc widzący w ciemności półelf, krasnolud wyczuwający przejścia w skałach  są nieocenieni. Postaram się nie opowiadać Wam fabuły, choć mam nieco obawy, że będzie to zadanie zgoła karkołomne, bo jeśli nie odwołamy się do konkretnych przygód to tak naprawdę nie będzie o czym pisać. Nasza drużyna wędruje sobie pod ziemią korzystając z mocy i umiejętności poszczególnych jej członków, czasem walczy, czasem cierpi, czasem bohaterowie muszą pomyśleć, jak się wykaraskać z tej czy innej nieprzyjemnej sytuacji.  Czytelnik jest w tej wygodnej sytuacji, że ma wgląd w sny czarodziejki, sny będące opowieścią o losach poprzedniego właściciela szaty.  I tu pierwsza z całkiem sporej kolekcji nielogiczności jakie udało się popełnić autorowi – aktualna właścicielka magicznej szaty, chociaż wcześniej nie raz wykazywała się pomysłowością i inteligencją, w kwestii tajemniczych snów prezentuje niedomyślność graniczącą wręcz z głupotą. Generalnie, autor stara się wyciągnąć na wierzch najdziwniejsze i najmniej sympatyczne przywary postaci, które dotąd portretował raczej pozytywnie. Dobrzy pokazują nagle grzeszki i plamki na charakterze, źli ujawniają pozytywne cechy charakteru i tylko rzekomy następca Novrona jest równie durny i wkurzający jak w poprzednich tomach. Bohaterszczyzna wylewa się zewsząd, szczęśliwe zbiegi okoliczności gonią po fabule jak króliki po łące, patetyczne deklaracjo-deklamacje są wszechobecne, aż wreszcie zło zostaje ostatecznie ukarane i obalone, zagadki rozwiązane, król powraca na swój tron ( hep, Tolkienem po raz drugi), a wszyscy zaczynają żyć długo, szczęśliwie i we właściwych parach….. Czyta się to lekko, łatwo i przyjemnie po czym wzruszając ramionami odkłada na półkę. Moja babcia, świeć Panie nad jej duszą, zwykła mawiać w takich przypadkach: „no popatrz – tańczył, tańczył, ale się nie ukłonił…”. No cóż. pasuje jak ulał….

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *