Mortka Marcin – Projekt Mefisto (dwugłos)

projekt_mefisto Co za piekielna książka… Sam pomysł jest przedni – oto piekielny wyrobnik, niskiego szczebla diabeł, trybik w korporacyjnej machinie Piekła zostaje wysłany na dwutygodniową misję na Ziemię. Ma za zadanie namawiać ludzi do złego – kłótni, przemocy, kłamstw, zdrad etc., a jego wysiłki będą skrzętnie przeliczane na punkty. Oczywiście przeszedł odpowiednie szkolenie, otrzymał ludzką postać i pseudonim operacyjny „Zygmunt”, piekielni przełożeni przydzielili mu teren działania w postaci zapyziałego i nijakiego miasteczka Wypluty, a także wyposażyli w służbowy laptop ze standardowym piekielnym systemem operacyjnym Hellion….

Niestety, w tym piekle dzieje się jak w korporacji – trenerzy nie mają większego pojęcia o aktualnych warunkach na ziemi, za to mają ciepłe posadki i zero motywacji do zmian swoich przestarzałych metod. Piekielny dział IT jest opóźniony tak z dziesięć lat, w związku z czym  dedykowany laptop jest pancerny i ma przycisk „Enter” specjalnie zabezpieczonym przed rozwaleniem ze złości – ale hasła do niego nie trzeba nawet łamać, w końcu 666 jest dość oczywiste… Przełożony domaga się wyniku, w Wyplutach idzie Zygmuntowi kiepsko bo standardowe diabelskie podszepty jakoś nie bardzo chcą działać… I jeszcze te opowieści diabłów wysłanych do sąsiednich miasteczek o fantazyjnych pseudonimach Marian, Ludwik, Wiesław  – jakich to sukcesów nie wypracowali…. Są też gadki motywacyjne – jak ta o diable Mieczysławie, który tak omotał proboszcza, że aż został kościelnym i świetnie mu szło trzaskanie kolejnych setek punktów, tyle tylko, że ministranci pokazali mu X-boxa – i diablisko wsiąkło w grę tak dalece, że już nie miało czasu i siły na krzewienie zła. Tak, pod diabelskim płaszczykiem są tu opisane gry i zabawy korporacyjne – ma być wynik i już. Szkolenie to fikcja, wyposażenie jest jakie jest, przełożonego interesuje tylko dowiezienie wyniku, a grupa interwencyjna też ma ciepłe posadki i nie będzie się przecież narażać na realne ryzyko….

Pomysł autora jest więc całkiem dobry, a bon moty przywołują absurdy, które każdy gdzieś tam widział w realu. Potem niestety jest gorzej – fabuła się rwie, pojawia się nie wiadomo po co i jak wątek słowiański, potem romansowy…. Książka jest nierówna, to raczej zbiór skeczy niż zborna opowieść – ale czyta się przyjemnie, choć ze świadomością, że niewiele z tego zostanie w głowie. Z drugiej strony –  przedstawianie zła jako folkloru, diabła jako „swojego chłopa” a piekła jako nieco rozlazłej korporacji to jedna z lepszych taktyk szatańskich….

Co więc jest prawdą, co autokreacją, co propagandą a co nagą siłą???? To już każdy czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć.

——————————————————————————————————————————— by K. Wal

Powiem Wam szczerze, że mam problem z tą książką. Z jednej strony nie raz i nie dwa uśmiałam się nad nią do łez. ( To właśnie moje kwiki i porykiwania skłoniły Varrana do lektury „diabełka”, bo on sam z siebie fantasy się raczej nie tknie). Z drugiej strony, były momenty kiedy humorek robił się jakoś taki przenno-buraczany i już nawet nie kiszoną kapuchą ale zgoła wychodkiem zalatujący. Z jednej strony kiwałam głową nad opisaną czy raczej obsmarowaną naszą polską rzeczywistością, która jak tak dobrze pomyśleć, dalej nie różni się niczym od tego co opisał Rey z Nagłowic. Z drugiej… mimo wszystko zżymałam się nad przedstawianiem tej Polski B jako miejsca z którego rozum i wszelka przyzwoitość dały już dawno dyla.

Rozumiem absurd jako technikę literacką mającą skłonić czytelnika do refleksji, ale w przypadku Projektu, autor chyba za bardzo pojechał po bandzie i książka wyszła mu co nieco… przeabsurdzona. Jeśli chodzi o wątek słowiański, to jego jedynym ( w moim odczuciu) zadaniem było pokazanie, że ludzie  to tak naprawdę  tylko marionetki przesuwane w wielkiej bitwie (no raczej bijatyce na sztachety…) na magicznym planie. Zamysł był dobry, ale wykonanie takie sobie.

Największy zawód to wątek romansowy wilkołaka i czarownicy. No kochani to nawet gimnazjum nie jest, czwarta podstawówki co najwyżej! Dobrze chociaż, że autor oszczędził czytelnikom opisu seksów wszelakich bo tego już bym chyba nie zdzierżyła.

Lekki gniot z zadatkami na przebój.

P.S. niektóre opisy placówki edukacyjnej wydają się dziwnie znajome. Chyba będę się musiała rozejrzeć za naszym rodzimym „Zygmuntem”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *