Nie jest mi łatwo z tą książką. Dwa tomy pierwszej części, Gwiazdy Pandory – Ekspedycję oraz Inwazję – łyknąłem niemal „na raz” i wychwalałem pod niebiosa. Podobało mi się tam niemal wszystko, a zastrzeżeń właściwie nie miałem.
Judasz Wyzwolony to właściwie… jeszcze więcej tego samego. Wiadomo, że trafiło się na niezłego autora kiedy to jest największy zarzut. To jest dalej ten sam Hamilton: solidny, skuteczny fachowiec. Warsztat – pierwsza klasa. Świat spójny, chwilami nawet za bardzo. Jego bohaterowie się nie spłaszczyli, dalej mają swoje cele i motywacje – choć kierują ich one wszystkie w mniej więcej tą samą stronę, to zupełnie różnymi drogami. Chciałoby się powiedzieć – skoro jest technika, to powinny być punkty.
A mimo to czegoś mi tutaj brakuje. Może dlatego, że nie robię już tak często „wow” pod nosem jak podczas lektury Gwiazdy Pandory.

Wikingowie z drużyny Orma Zabójcy Niedźwiedzia założyli siedzibę gdzieś nad morzem bałtyckim. Z dawnej drużyny Einara została ich już tylko garstka. Siedzą więc w halli, żrą, piją, macają dziewki, hodują konie i wspominają dawne wydarzenia. Jednak tak naprawdę wciąż marzą o tym, że wyruszą na nową wyprawę która zaprowadzi ich znowu do legendarnego kurhanu Attyli i bajecznego skarbu. Ale nie wszyscy tęsknią za wyprawą na step. Orma wcale nie ciągnie do nowej wyprawy. On chce hodować konie i zapomnieć o skarbie, choć ma świadomość tego, że klątwa runicznej szabli prędzej czy później zmusi go do wyprawy w step i zmierzenia się z widmami tych którzy pozostali w grobie – Hildy i Einara. 


Jesteśmy przyzwyczajeni do dramatycznych opowieści relacjonujących historie Żydów którzy przeżyli czas holokaustu. Epatowanie okrucieństwami, strachem, nienawiścią otoczenia, spośród którego jak piękne kwiaty na mierzwie wykwitają pojedyncze akty bohaterstwa. Tymczasem książka Marie Jalowcz Simon kompletnie ten schemat wywraca.