Ryan Amy Kathleen – Gwiezdni wędrowcy. Tom 1. Blask (dwugłos)

gwiezdni-wedrowcy-tom-1-blask Zdarzają się koszmarki fabularne, które ratuje język. Zdarzają się fajne fabuły, które dobija język na poziomie wczesnej podstawówki. Zdarzają się nieszczęścia łączące koszmarną fabułę z jeszcze gorszym językiem. Ale Blask to kategoria sama w sobie, to nie jest chała, gniot czy koszmar. To jest odpad toksyczny.

Długo zbierałam się za tę recenzję i przyznaję, że jest to pod względem recenzji jedna z bardziej problematycznych książek, które zdarzyło mi się czytać. No bo jak tu napisać cokolwiek, jak kilka miesięcy po przeczytaniu tego czegoś do głowy przychodzą głównie potoki mowy polsko-łacińskiej wielokrotnie wiązanej?
Zaczyna się jeszcze w miarę bezboleśnie – dwa statki kolonizacyjne w drodze na planetę. Obserwujemy „dzień z życia” nastoletnich mieszkańców jednego z nich, który nie jest jakoś szczególnie pasjonujący, dopóki nie dowiadujemy się, że w pobliżu pojawiają się promy z drugiego statku, który powinien być lata świetlne przed nimi.
I wtedy się zaczyna. Mord na logice, bardzo krwawy mord na fizyce, zbrodnia na sensie i zdrowym rozsądku. Zbrodnia ze szczególnym okrucieństwem na literaturze.
Serio. Jest to jedna z niewielu książek, w której WSZYSTKO jest bez sensu. Zaczynając od najprostszych rzeczy, czyli uprawy i hodowli na statku i szkolenia pasażerów. Przez historię załogi statków, która nijak nie chce się ze sobą łączyć. Po główny wątek fabularny, który urąga jednocześnie fizyce, logice, biologii i socjologii (a to już osiągnięcie).
Do tego mamy dodatki w postaci niewykonalnej fizyki atomowej, magicznej fizyki próżni i medycyny lepszej nawet niż cudotwórstwo.
A wszystko to okraszone… fanatyzmem religijnym i postępowaniem wbrew woli drugiego człowieka (w różnym stopniu karalności i obrzydliwości).
Bohaterowie wykazują się głównie fanatyzmem, skrajną głupotą i/lub czynami, które często są karalne. Głównych bohaterów (znaczy nieletnich) czasem można by usprawiedliwić, ale jednak dosyć rzadko, za to głupoty przez nich popełniane liczą się dorosłym podwójnie, bo wynikają bezpośrednio z ich winy (brak wiedzy i umiejętności, który jest na poziomie… samobójczym biorąc pod uwagę statek kosmiczny). Jedyną rozsądną w towarzystwie jest Waverly – dziewczę, które umie używać resztek mózgu, dzięki temu wyrasta w tym towarzystwie na Mary Sue.
Jeszcze mało? SF w tym wszystkim jest niewiele (ot tyle, żeby scenografia była ładna), za to sporo religijnych przemówień, nadmiaru tragizmu, traumy i motywów z kiepskiego serialu dla młodzieży.
Całość może uratuje język. Nie! Nawet jakby to było trzynastozgłoskowcem pisane, to nie byłoby w stanie tej makulatury uratować.
Odpad toksyczny, zdecydowany numer jeden na liście gniotów i chał wszelakich. Omijać bardzo szerokim łukiem.

 —————————————————————————————————————————- by Atisza —————–

Jestem niezmiernie, by nie rzec szaleńczo wdzięczna przedrecenzentce za napisanie tejże. Ja osobiście nie dałam rady.  Książkę przeczytałam – choć poprawniej byłoby powiedzieć, przeżułam już bardzo dawno temu i też nijak nie mogłam się wziąć za pisanie recenzji. Sami wiecie, że na tym blogu znęcaliśmy się nad niejedną książką. Blask jednak przebił wszystkie chały, gnioty i megagnioty jakie udało mi się przeczytać. Istotnie jest to kategoria sama dla siebie, obergniot, gniot wszechczasów, już nie złota malina ale cały ich krzaczek. Czytanie tej „tfórczości” nieledwie boli. Nie będę powtarzała opinii Lashany, bo zgadzam się z nią w całej rozciągłości.

Od dziś na tym blogu będzie istniała nowa nagroda dla gniotów ponadprzeciętnych – nagroda BLASKU.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *