Sapkowski Andrzej – Wiedźmin Sezon Burz

 

sezon-burzPięcioksiąg wiedźmiński (i opowiadania) przeczytałam jakiś czas temu w mniej więcej tydzień. Książka wciągnęła mnie kompletnie, a niektóre fragmenty nadal znam na pamięć. Jeśli wtedy ktoś dołożyłby mi dodatkową książkę z ASowego neverneverlandu poleciałabym radośnie czytać ignorując wszystkie pozostałe lektury. Ponad dziesięć lat później, po Trylogii Husyckiej i Żmii podeszłam do Sezonu burz jak pies do jeża, a nawet bardziej ostrożnie, bo książka ponad pół roku przeleżała na półce. Niestety, kiedy po nią w końcu sięgnęłam, okazało się, że wszystkie najgorsze przeczucia się sprawdziły.
Geralt trafia do Kerack, małego, nadmorskiego, nieciekawego księstwa. Przybywa w celach, można powiedzieć, turystycznych, ale pakuje się w kłopoty, jak na Białego Wilk przystało. Tylko, że tym razem nie jest to kolejne zlecenie a oskarżenie o wyłudzenie, które skutkuje, między innymi, kradzieżą mieczy. Jakby nieszczęść było mało wiedźmin wpada w Kerack na Jaskra.
Od tego momentu Geralt robi wszystko, żeby odzyskać miecze, bo… wstyd mu będzie powiedzieć innym wiedźminom, że je stracił. (Serio?! I to jest pretekst na główną fabułę?! Nawet nie mam siły tego komentować…).
Sezon burz umieszczony jest między Ostatnim życzeniem, a Wiedźminem, ale nawiązuje też (dosyć irytująco, moim zdaniem) do zakończenia Sagi. Fabuła jest pretekstowa, poszatkowana i rozłazi się w szwach już na początku. Całość sprawia wrażenie poklejonych na siłę kilku opowiadań, które kiedyś wylądowały w szufladzie, a teraz zostały wyciągnięte i przerobione na powieść. I podobnie jak w zbiorze opowiadań, niektóre wątki są marne, inne jeszcze gorsze, niektóre mocno wtórne, ale czasem trafi się jedna perełka (tutaj wątek o lisicy). Niby co chwile coś się dzieje, bohaterowie gdzieś jadą, pakują się w kolejną kabałę, ale… nadmiar zbiegów okoliczności i skurczenie się świata, tak by można było spotkać znajomych potrzebnych w danej chwili jest irytujący.
Bohaterowie… cóż skoro już raz byli sensownie opisani i scharakteryzowani to teraz można sobie darować? No, nie bardzo. Geralt to cień samego siebie, jest naiwny jak niedoświadczony nastolatek, daje się wykorzystywać, wrabiać i oszukiwać wszystkim dookoła. Sprawia wrażenie tępego siepacza, który tylko obserwuje wydarzenia, bo nie jest w stanie ich zrozumieć. Jego rola sprowadza się do pałętania się ze smętną miną, wzdychania „Yennefer” i chędożenia czarodziejek. Czarodziejki oczywiście są piękne, ale wredne/egoistyczne/wyrachowane/niebezpieczne. Jaskier… hmmm, w sumie trudno stwierdzić po co tutaj jest poeta, który został wrobiony w rolę wiejskiego głupka, którego ignorują kobiety (Jaskra?! Serio?!).
Do tego mamy stado postaci żeńskich, które są chyba tylko i wyłącznie próbą satyry na feministki. Wszystkie strażniczki, sędziny, wredne czarodziejki, które psują klimat i uprzykrzają wiedźminowi życie bez zbytniego związku z fabułą.
Ponieważ książka musi mieć odpowiednią ilość stron to zawsze można wrzucić jakiś wypełniacz; a to menu, a to opis mieczy na dwa akapity, a to lista przedmiotów na aukcji, inne menu, czarodziejskie teorie niezbyt czytelnikowi do szczęścia potrzebne, instrukcja wypalania węgla drzewnego, opis mieczy po raz drugi, bo a nuż czytelnik zapomniał, bredzący bez składu czarnoksiężnik, i znów opis mieczy, bo czytelnik nie zauważy trzeciego copy/paste. Praktycznie nie ma śladów dynamicznych dialogów, poety komentującego rzeczywistość, opisy praktycznie nie istnieją, nawet potworów jest jak na lekarstwo, za to eliksiry leją się strumieniem na wszystkie strony.
Czytało się to strasznie. Książkę odkładałam parę razy, żeby zacząć czytać cokolwiek innego i wracałam do niej bardzo niechętnie. Zęby same zgrzytały jak Geralt po raz kolejny robił z siebie idiotę, który umie tylko chędożyć, Jaskier plótł bez sensu, a Koral, knuła, jak na czarodziejkę przystało i dawała kolejne pokazy okrucieństwa.
Przyznaję bez bicia – lubię pisać recenzje złych książek, ale tym razem przy pisaniu zęby zgrzytały mi równie mocno co przy czytaniu.
Autorzy nie powinni pisać fanfiction do swoich książę, chyba że to fanfiction ma tytuł Coś się kończy, coś się zaczyna.
Cztery razy „Z”. Zdegustowanie. Zażenowanie. Zawiedzenie. Zgrzytanie zębami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *