Gromyko Olga – Wierni wrogowie (dwugłos)

wierni  Nową książkę Olgi Gromyko kupiłam jeszcze kiedy była w przedsprzedaży. Bo, chociaż jej ostatnie dzieło czyli Wiedźma naczelna nie wywołało mojego zachwytu, to generalnie lubię ten styl pisania jakim posługuje się autorka Wiernych wrogów.  Jej bohaterowie mają do siebie i do otaczającego ich świata zdrowy dystans i ironiczne podejście. Wynika to najczęściej z tego, że  do rzeczonego świata nijak nie pasują. Szlachetne bohaterstwo jest im zdecydowanie obce. Nie ratują patetycznie świata, nie cierpią za „milijony”, a przyjaciół dobierają sobie nad wyraz niestosownie.  Do wykonywanego zawodu też mają nieco dziwny stosunek.I to co napisałam we wstępie do tej recenzji tak naprawdę mogłoby w zupełności wystarczyć jako opis najnowszej książki Olgi Gromyko.  Bohaterka jest nietypowa, czyli typowa dla autorki. ( Widzieliście kiedyś u Gromyko „typową fantastyczną bohaterkę”? Bo ja nie.)  Nie powiem wam w czym się jej nietypowość przejawia, bo bym wam zepsuła zabawę.  Bohaterka jest pyskata, ironiczna, wredna i  ma dziwaczne kontakty. Czyli, jak już wspomniałam – wielce dla Olgi typowo.  Za to historia w którą została wplątana Szelena  mogłaby uchodzić za najbardziej typową, sztampową i nudną. Mogłaby, gdyby nie fakt, że opowiada ją taki prześmiewca jak Gromyko. Tak, tak, macie rację. Chodzi o uratowanie świata przed spiskiem wrednych i potężnych sił magicznych. Musi tego dokonać drużyna. Ale daleko jej ( na całe szczęście) do drużyny pierścienia.  Raz, że członkowie tej drużyny nie darzą się niczym, czym w szlachetnej wersji darzyć się powinni, dwa, że to zbieranina nad wyraz dziwna i niedopasowana. A trzy, że pozostali bohaterowie są inteligentni, dowcipni, złośliwi,  ba, w tym ostatnim niewiele ustępują Szelenie. Zresztą nie tylko wspomniani bohaterowie nie pasują do „kanonu fantasy”. Autorka „jedzie po bandzie”, aż huczy i rozdaje razy na lewo i prawo. Łomot zbierają zarówno Elfy – przedstawione jako wyjątkowo zarozumiałe i głupawe jak i Krasnoludy- cwani geszefciarze o przedziwnym pojęciu rodziny. A już wizyta „drużyny” u trolli – mniam. Czytelnik czyta i pokłada się ze śmiechu, choć nie ukrywam, przy elfach nieco się pani autorce przegadało opisy. Jakby mało było zakamuflowanych żartów i drwin z klasycznego fantasy przez duże „fe” pisanego, autorka momentami niemal całkiem jawnie wywala jęzor w kierunku portretu Tolkiena parodiując chwyty przez niego zastosowane.
Podsumowując: Olga Gromyko powróciła do dawnego dobrego stylu znanego z Zawód Wiedźma, czy Wiedźma Opiekunka i znowu zafundowała nam kawałek  złośliwie dowcipnego  fantasy, lekturę lekką łatwą i przyjemną wywracająca na nice wszelkie „świętości”, napisaną z głową, bez większych wpadek logicznych.  Jedyne pretensje jakie mogłabym mieć do Wiernych wrogów, to nieco zbyt oczywisty finał.

Bardzo dobre

 

__________________________________________________________________________________ Lashna

 

Szelena jest wilkołakiem i pomocnikiem zielarza. Na dodatek jest też kobietą, a tego nie da się wyleczyć żadnym eliksirem. Weres to mag, który poprzysiągł zemstę wszystkim pomrokom, a wilkołakom w szczególności. Ta dwójka, razem ze smokiem kobieciarzem, wiecznie kaszlącym wyrostkiem i półelfką nie mającą nawet nastu lat muszą połączyć siły na prośbę wspólnej przyjaciółki.
Jak zwykle u Gromyko jest złośliwie, ironicznie, cynicznie i zabawnie, a znane wątki zostają wykręcone, pocięte, przemielone i sprezentowane czytelnikowi w nowej odsłonie. W
Zawód Wiedźma mieliśmy wampiry, tu są wilkołaki i smok oraz pałętające się na drugim planie elfy i krasnoludy, a każdy z nieludzi jest daleki od sztampowych postaci z krain fantasy. Fabuła, też niby na pierwszy rzut oka znajoma aż za bardzo, na drugi okazuje się równie pokręcona jak postacie autorki.
W rezultacie dostajemy cegłę fantasy (chwała wydawcy, że nie podzielił książki na dwa tomy, jak to robiła Fabryka) z inteligentnymi, złośliwymi bohaterami, którzy tworzą najgorzej dobraną drużynę jaką tylko można sobie wyobrazić, która chce się przede wszystkim wymordować nawzajem. Mamy niby sztampową, ale wartką i bardziej skomplikowaną fabułę niż by się mogło wydawać. Złośliwe i dynamiczne dialogi, niezłe opisy i dużo humoru.
Z niecierpliwością czekam aż któryś z wydawców zainteresuje się w końcu
Kwiatem kamalejnika – kupie w ciemno.
Bardzo dobra książka, chociaż zakończenie mogło by być mniej przewidywane…

One thought on “Gromyko Olga – Wierni wrogowie (dwugłos)

  1. Książka autorki przygód Wolhy Rednej, w dodatku w tym samym uniwersum? Tak, poproszę! I niby źle nie było, ale i tak czuję, że się przejechałem.

    Zaczynając od końca – zakończenie jest przewidywalne do bólu. Następuje wielkie zjednoczenie wszystkiego co się tylko da, potężna łomotanina, obowiązkowa ofiara – jest, obowiązkowe gorzkie zwycięstwo – jest, oczywiście wygrywają „ci dobrzy”. (A dlaczego właściwie tamci są źli? Zdaje się, że dlatego iż mają czarne ciuszki.)

    Później następuje, khym, zjednoczenie nieco mniejsze, za to takie do którego autorka rozpędzała się od strony mniej więcej trzydziestej. Książka liczy sobie ich sześćset z okładem, i mniej więcej w połowie człowiek zaczyna zgrzytać zębami przy każdej kolejnej niezbyt zawoalowanej sugestii, mamrocząc „no to przelećcież się wreszcie i nie zawracajcie mi głowy!” Książę dosłownie zdobywa księżniczkę, po czym księżniczka daje w długą. Znając księżniczkę (a znamy przecież – całą książkę!), szoku poznawczego z tego tytułu nie doznajemy.

    Rasy nieludzkie (a od biedy nawet można powiedzieć, że ludzie też) mają przedstawicieli może dwóch, a może trzech na rasę. Reszta to statyści, bądź też w skrajnych przypadkach dym, lustra i kartonowe sylwetki robiące sztuczny tłum. Przy tym przedstawiciele ich są wszyscy od jednej sztancy waleni, w dodatku ta sztanca brzydko pachnie „Podręcznikiem Początkującego Mistrza Gry”. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym że sposób rozwijania się fabuły (nie sama fabuła!) pachnie „Tabelą Spotkań Losowych”, ale przecież nie jestem.

    Osobiście ubodły mnie krasnoludy wzdragające się od bitki (a już krasnolud który szok zafundowany przez przyjaciółkę łyka jak pelikan żabę?! To krasnolud ma być?!). W momencie kiedy jednym z najwyrazistszych nieludzi (wśród NPCów, poza główną grupą) jest elf, to mi witki opadają.

    A z rzeczy już całkowicie technicznych – gdzieś w połowie książki korektor albo stwierdził że bez drinka nie zdzierży, albo w ogóle poszedł w tango. Jest to zarzut niepoprawnego estety, oczywiście, ale bardzo mi psuło krew.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *