Wolff Vladimir – Czas odkupienia

Czas odkupienia, to kolejna książka eksploatująca motyw życia, które po atomowej zagładzie zeszło do podziemi i toczy się w tunelach metra. Czyli coś dla wielbicieli serii z metrem w roli głównej. Co prawda nie czytałam Metra 2033, (choć Paweł zachwalał tę pozycję), więc nie mogę odnieść się do niej. Mogę za to potraktować Czas jak każdą inną recenzowaną książkę. Gotowi? No to jazda.

Zacznijmy od tytułu. Cały czas w trakcie lektury miałam nadzieję, że dowiem się wreszcie kto i co ma odkupić. Może ludzkość swoje winy, może któryś z bohaterów ma na sumieniu coś co wymaga odkupienia? Bogać tam. Tytuł sobie, akcja sobie. Dęto, rżnięto i bez uzasadnienia.

Sama akcja… jest. Liniowa. Przewidywalna. Wtórna. Dość szybka, to prawda, ale szybkość nie rekompensuje nam wad. Zwłaszcza wtórności. W którymś momencie miałam wręcz wrażenie, że czytam jakiś scenopis do 10 popłuczyn po Obcym – decydujące starcie:  kosmitów wprawdzie nie było, ale ich rolę z wdziękiem przejęło zmutowane monstrum. Podziemia stacji kosmicznej zastąpiły podziemia ogrodu botanicznego, ale dalej już wielce podobnie. I big mama jest i gniazdo – wylęgarnia i przyczepianie się do twarzy i nawet plucie kwasem! Ba, nawet próba wykorzystania mutantów jako broni! No, panie autorze, trzeba aż tak z klasyka zżynać? Własnej wyobraźni zabrakło? Nie wierzę, wszak pomysł ze zmutowaną trawką całkiem, całkiem.

Reszta fabuły też jest wtórnawa, (zwłaszcza w stosunku do Metra i tu nie rozumiem czemu wydawca nie zaznaczył na okładce, że to opowieść w klimatach Metra, wszak to ujmy nikomu nie przynosi, kilku polskich autorów napisało Metropodobne opowieści niektóre, jak Dzielnica obiecana całkiem udane i korona im z głowy nie spadła. Ale wracając do meritum: mamy metro w którym schroniły się resztki ludzkości, mamy frakcje polityczne, mamy motyw bezwzględnego dążenia do władzy, motyw ukrytych zasobów oraz motyw ludzi bestii. Oraz zagrożenie czające się w tunelach. I wystarczy przeczytać choćby wspomnianą już recenzję Pawła, żeby się przekonać, że autor się z „metrowego” schematu nie wychylił ani na milimetr.

Czego w książce nie mamy? Niestety logiki. Dwa przykłady:  Kombinezony stalkerów po powrocie z powierzchni są starannie przemywane. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że taką dekontaminację przechodzą przyniesione przez nich „wziątki”. To po kiego tak pucować kombinezony, skoro potem w plecaku taszczy się nieoczyszczone itemy? I jak brać gołą ręką takie coś, skoro na powierzchni potrzebny był kombinezon?

Inny przykład – stalkerzy wychodzą na powierzchnię w dzień, żeby się w nocy nie spotkać z mutantami, czy nie zniszczyć kombinezonu. Ale jakoś nigdzie nie jest powiedziane, że chronią oczy przed światłem słonecznym. Co więcej światło ich jakoś nie razi.  No zaiste…

O bohaterach po prawdzie opowiadać nie ma czego. Praktycznie wszyscy służą za tło dla głównego bohatera Mattiasa i cierpią na śmiertelny syndrom czerwonej koszuli… A on na naszych oczach z chłopca przemienia się w mężczyznę, z zagubionego nastolatka (o rany on ma niby 23 lata… serio?!)  praktykującego u boku doświadczonego stalkera ( Anakin ty tutaj?!)  w odważnego i szlachetnego przywódcę, który dba o swój zespół, nawet jak nie za wszystkimi z tego zespołu przepada. Co więcej stalkerzy wedle Wolffa jawią się nam bardziej jako wiedźmini czasu zagłady (Mati ma przeczucia, niszczy potwory, botaniczka ma   „wiedzę tajemną”, a Jasmin… katanę) niż po prostu najemnicy .

Nasz główny bohater jest w dodatku w czepku urodzony. Inni padają dookoła niego jak muchy, a jemu nic. Owszem tu i tam lanie zbierze ( osobliwie autor preferuje ataki „z baranka”), ale podczas gdy innych takie bęcki eliminują, nasz stalker ponarzeka, pomarudzi, prześpi się i tada! gotów do dalszej akcji. Herkules? Ale to nie ta bajka!

Podsumowując. Pomimo otwartego zakończenia nie jestem ciekawa ewentualnego drugiego tomu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *