Matharu Taran – Summoner (Zaklinacz) t.1 Początek

Do sięgnięcia po tę pozycję zachęciła mnie notka wydawnicza, przedstawiająca Zaklinacza jako fenomen i hit sieci, powieść pisaną niemal na oczach czytelników, zbierającą same dobre recenzje i mnóstwo polubień i poleceń. Jeśli dodamy do tego porównania do Tolkiena –  sami rozumiecie, że rasowy bookeater nie mógł zlekceważyć takiej pozycji.   Zakupiłam. Przeczytałam. Ekhem. Na miejscu Tolkiena zaczęłabym straszyć tych co porównali  Summonera do Władcy Pierścienia.   Brutalnie rzecz ujmując, to że gdzieś występują jednocześnie elfy, orki oraz krasnoludy, nie czyni jeszcze z autora następcy Tolkiena, a z książki powieści w klimatach jego sztandarowego dzieła. Jeśli już miałabym do czegoś porównać Zaklinacza, to zdecydowanie bliżej mu do Harrego Pottera niż do jakiejkolwiek innej powieści. Pójdę o krok dalej. Zaklinacz, to niemal kalka opowieści o młodym czarodzieju  Książka opowiada bowiem historię młodego sieroty – pomocnika kowala, nieświadomego swoich magicznych talentów, któremu wpada w ręce tajemnicza księga. (Jak się domyślacie księga jest bardzo magiczna i ujawnia się tylko właściwym osobom). I dzięki jej pomocy, oraz przy niewątpliwym wsparciu imperatywu narracyjnego chłopak przywołuje sobie z Eteru potężnego demona który staje się jego milusim pupilkiem.  A dzięki (między innymi) posiadaniu rzeczonego pupilka młody człowiek trafia do akademii dla młodych magów w której istnieje segregacja na tych lepiej urodzonych i magicznych z natury i tych którzy nie powinni się tam znaleźć bo są gorzej urodzeni. Jednym słowem kopia z Harrego niemal 1:1. Nawet nauczyciele magicznych przedmiotów jacyś tacy podobni. I przedmioty takie podobnawe jakby.. Znajdziemy nawet magiczny pojedynek!

Świat przedstawiony.. Hm. Może autor się jeszcze rozkręci, ale na razie nie wiemy zbyt wiele o świecie w którym przyszło żyć bohaterowi. Poza… kalkami z innych książek. Orki są tradycyjnie wredne i złe, a przewodzi im …. biały ork. Krasnoludy są bardzo krasnoludzkie i skonfliktowane z całym światem, a elfy mają muchy w nosie, choć kiedyś były sprzymierzeńcami ludzi. Czyli jednak Tolkien.  Gdzieś są góry, gdzieś trwa kampania, gdzieś żyją elfy. Jest jeszcze Eter – kraina magiczna w której łapie się demony. Tylko czemu na wszystkie bogi duże, małe i  mikroskopijne, owo łapanie przywodzi mi na myśl łapanie pokemonów?!  I te pojedynki demonów i ta mana plącząca się wszędzie…

Bohaterowie… no cóż.  Bardzo jednowymiarowi. Jak wredni i źli to wredni i źli. Jak dobrzy to dobrzy, nawet jak są akurat źli. Naiwni bo bólu – no ale podobno nie mają zbyt wiele lat. I tu kolejna zagwozdka dla czytającego. Ile naprawdę lat mają bohaterowie? Bo raz mają w okolicach 11- 12 (deklarowane), raz zachowują się jak znacznie starsi, raz jak znacznie młodsi. Emocjonalnie jacyś tacy niedorozwinięci. Nawet krasnoludy które ponoć już sobie trochę żyją na świecie.Dobrze, że jeszcze nie ma motywu zakochania, bo byłoby już całkiem niestrawnie.

Dialogi… na cztery nogi i to nie podkute.

Akcja…. bardzo liniowa, miejscami siadająca kompletnie.

Gratulując tłumaczkom i wydawczyniom  odwagi  w eksperymentowaniu i zarazem umiejętności marketingowych (tak zareklamować bardzo  przeciętny produkt to naprawdę sztuka),  można tylko pozazdrościć możliwości jakie teraz daje internet – dzięki któremu dziełko z gatunku tych jakie kiedyś wielu pisało do szuflady – zobaczyło światło dzienne, a nawet ukazało się w postaci papierowej. Być może dzięki temu, z autora wyrośnie kiedyś pisarz pełną gębą. Na razie.. cóż jest jeszcze bardzo, bardzo na początku drogi.

dla bardzo młodych czytelników

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *