UWAGA, Wcześniejsza recenzja tego tytułu znajduje się Tutaj
(4 / 5) Lawrence Wright jest doświadczonym reporterem „New Yorkera” i autorem już ośmiu książek z dziedziny literatury faktu – w tym się specjalizuje. Tym razem pisze o scjentologii – ni to religii, ni to nauce – ale o strukturze na pewno potrafiącej skutecznie zdobywać znaczenie, pieniądze i uznanie – a także sprawnie „łowić” celebrytów z Hollywood, którzy potem nie tylko zasilają ten ruch swoimi dolarami, ale też są żywą reklamą selenologicznych nauk i poglądów. Czytaj dalej »

(2 / 5)
(1 / 5) Mam potężny problem z tą książką. Po pierwsze, trudno mi ją jednoznacznie przypisać do kategorii. Teoretycznie po przeczytaniu zajawki pasuje kategoria historyczna. Nawet fikcja historyczna tu się mieści. Po lekturze… kategoria przestaje pasować. Jest jak prawy but na lewej nodze. Niby but, niby właściwy rozmiar, a gniecie. Nie jestem wielkim znawcą tematu, ale … Teoretycznie jesteśmy w Lesie Teutoburskim, tuż po masakrze jaką rzymskim legionom Warusa urządzili Cheruskowie pod wodzą Arminiusza. Ale Warus, Segestes czy Arminiusz to raczej tylko pojęcia. Są bo być muszą, ale dlaczego? A poszukaj sobie czytelniku sam. Realia rzymskiego oddziału? Znowu zapomnij. Autor, sam weteran, najwyraźniej założył, że wojsko zawsze jest takie samo. Obojętnie czy walczy gladiusem czy przy pomocy broni plującej ołowiem – w oddziale zawsze działają takie same mechanizmy.


(3 / 5) W literaturze fantasy, jak w każdej innej zresztą – panują mody. Była moda na młodych czarodziejów, była moda na wampiry, była moda na wszelkiego rodzaju drużyny … I była moda na studentki. Najczęściej nieszczęśliwe, zazwyczaj magiczne, niemal zawsze ubogie. Chcecie przykładów? Ależ proszę: 