
(1,5 / 5) Joe Abercrombie to jeden z moich ulubionych autorów. Dość popatrzeć na tego bloga: całe Pierwsze Prawo (Samo ostrze, Nim zawisną na szubienicy,Ostateczny argument królów, Bohaterowie,) Zemsta smakuje na zimno, nawet młodzieżowe Morze drzazg . Wszystko, no może za wyjątkiem Czerwonej Krainy mogłam polecać w ciemno. Aż do teraz. Przeczytałam Diabły i pierwszą myślą było: „o tempora o mores!” Jak już Abercrombie pisze coś takiego to znaczy, że literatura fantasy zeszła na psy i bardzo cienko wyje. Tu wtrącę przemądrzałe dwa grosze o literaturze: kto nie chce czytać niech od razu skacze do akapitu po kresce.
Otóż moim skromnym zdaniem, literatura fantasy, zawsze tak bogata w odcienie i nurty w ostatnich latach bardzo na tej różnorodności straciła. Rynek został zasypany literaturą romantasy, którą delikatnie mówiąc można określić jako „harlequiny dla gimnazjalistek”, a na drugim końcu szali uplasowały się makabreski wszelkiego rodzaju: nieumarli, zombie, potwory, ofiary koszmarnych eksperymentów, z lekkim dodatkiem wampirów, demonów i innego tałatajstwa, o smokach nie zapominając. W środku plasują się szkoły wszelkiej maści: czarodziejów, łowców demonów, oraz młodych ludzi którzy koniecznie odkrywają swoje przeznaczenie oraz ratują świat. Political fiction, heroic fantasy? Battle fantasy? Zapomnij. I jak widać ulegają tej modzie na skundlone fantasy nawet tak wielcy pisarze jak Abercrombie.
Diabły trudno nazwać inaczej niż nieporozumieniem. Historia najnowszej powieści Autora rozgrywa się w teoretycznie średniowiecznej Europie. Teoretycznie, bo to alternatywna Europa, Europa na opak. Ta alternatywność niestety przedstawiona jest dosłownie, łopatologicznie i bardzo topornie. Byli papieże? Mamy papieżycę. Był Zbawiciel? Mamy zbawicielkę. był krzyż? Mamy koło… i tak dalej i w tym stylu. A w podziemiach niby Watykanu więzione są przy pomocy magii stwory z mrocznej strony świata, będące drużyną do zadań specjalnych papieżycy – czarownicy. Zęby cierpną, a to dopiero początek. Kościół w tej parodii Europy również miesza się do polityki i też ubiera to we wzniosłe gadki. A cóż nadaje się lepiej do takiego mieszania jak zaginiona dziedziczka jednego z tronów? No i bum, już mamy młodą bohaterkę! Bohaterka rzecz jasna wychowała się w nizinach społecznych, czy raczej wręcz w rynsztoku, nie ma ogłady, stylu, ani szerszej wiedzy o świecie, ale za to ma starszego zgorzkniałego mentora. Ów mentor, stary nieumarły rycerz przewodzi też drużynie upiornych dziwadeł rodem z koszmarów. Tak nie mylicie się, to w ramach pokuty. Sama drużyna też jest stereotypowa do bólu. Wampir, wilkołak, mag… , a tak, jeszcze niewidzialna elfka. Miałam wrażenie, że autor przed napisaniem książki obejrzał Ligę niezwykłych dżentelmenów i mu się utrwaliło.
Główna bohaterka przeraża swoją głupotą, topornością, oraz całkowitym brakiem instynktu samozachowawczego. Jest sztampowa, nudna, irytująca. Pozostali bohaterowie? Papierowi. Definiowani przez swoje moce, czy bardziej ułomności ( tak przedstawia je autor), nie pozwalają czytelnikowi na zwrócenie uwagi na ich niewątpliwy tragizm. Są po prostu niebezpiecznymi dziwolągami, żywą bronią rzucaną bez sentymentu do walki z dziwolągami strony przeciwnej. Wracając do fabuły, to prócz wspomnianej już łopatologiczności w oczy kłuje jej linearność. Drużyna posłusznie podąża od zadania do zadania ( czyli kolejnej jatki) na końcu której jest jak w kiepskiej grze komputerowej obowiązkowe starcie z bossem. I tak, kończy się to wszystko obowiązkową finałową Wielką Jatką. Akcja, jak nie trudno się domyśleć tempem nie powala. Nie przyspiesza nawet w punktach węzłowych czyli rzeczonych jatkach/makabrach.
Mniej więcej w połowie tego dzieła znudziłam się, znużyłam do tego stopnia, że nie miałam już ochoty czytać dalej. Zupełnie przestało mnie obchodzić czy bohaterowie osiągną cel, za jakie grzechy pokutuje nieumarły, czy mag złamie klątwę papieżycy i kto przeżyje kolejne starcie oraz jak się uleczy. Przestało mnie też obchodzić, dlaczego i komu zależy tak naprawdę na opanowaniu tronu. Jedyną myślą która kołatała mi się w głowie było pytanie która kalkę tym razem wykorzysta lub przeinaczy autor.
Podsumowując: irytująca książka oparta na kalkach i wytartych do cna schematach, z topornymi rozwiązaniami, i papierowymi postaciami, miejscami mijająca się z logiką. Choć to Abercrombie, nie polecam. Podobno Diabły to pierwszy tom. Ja za kolejne zdecydowanie podziękuję.