
(3 / 5) Skończyłam wreszcie czytać trzeci i ostatni tom opowieści o Alvynie Skrybie, człowieku, który przeszedł drogę od banity do rycerza, od rycerza do dowódcy wojsk, od wiernego wyznawcy kobiety, którą sam uczynił legendą i wyniósł na piedestały, do zdrajcy zwalczającego ukochaną. Od lojalności do zdrady, od wiary do zaprzeczenia. A wszystko w dobrej wierze i służbie dobra. Tak w największym skrócie można byłoby podsumować ostatni tom Trylogii Przymierza Stali. Ale, jak to zwykle u Ryana, nic nie jest proste, ani takie jakie się w pierwszej chwili wydaje. Bo choć trójksiąg wydaje się być w pierwszej chwili po prostu przygodówką osadzoną w realiach fantasy, by przerodzić się w drugim tomie w political fiction, to w trzecim tomie niespodziewanie szybko skręca w stronę high fantasy, obiecując mistyczne starcie dobra ze złem. Szybko zaczynamy się orientować, że autor trzyma w zanadrzu bardzo niewygodne pytania – gdzie kończy się wiara, a zaczyna fanatyzm? Czy kłamstwo może leżeć u podstawy mitu założycielskiego? Co dzieje się ze świętym, gdy dowiaduje się, że jego świętość i misja to tylko oszustwo? Co dzieje się z kobietą gdy staje się matką? Czy pragnienie zapewnienia dziecku jak najlepszego życia zamienia ją w bestię zagarniającą dla siebie wszystko bez oglądania się na koszty i bez względu na metody? I czy zwykła cielesna miłość może zepsuć misję? Mogłabym mnożyć takie pytania, bo autor „nie bierze jeńców” i ze wszystkich sił stara się czytelnikowi w głowie namieszać. Niestety to jedyne pozytywy tego tomu. Trzeci tom jest bowiem bardzo nierówny.
Są miejsca gdzie akcja galopuje i wręcz za nią nie nadążamy, i takie gdzie snujemy się od punktu do punktu, bohater rozpamiętuje i przeżywa, a czytelnik przysypia. Czasami miałam wręcz wrażenie, że autor starał się wyciągnąć jak najwięcej wierszówki. Ponownie przemianie ulega główny bohater. O ile w poprzednim tomie wydoroślał, o tyle w tym… chyba się nagle postarzał. I nie chodzi o to, że się waha, jest pełen sprzeczności i niedopowiedzeń, popełnia błędy. Nie. Alvyn Skryba po prostu marudzi i zrzędzi. Miałam ochotę nadać mu przydomek „Alvyn, gdybym tylko wiedział”, bo ta fraza pada niemal co chwilę i przyprawia, przynajmniej mnie o sporą irytację. Zmienia się również Evadine. Nie wiemy czy zło w niej cały czas tkwiło, czy ujawniło się po odkryciu oszustwa jakiego dopuścił się Alvyn. Z charyzmatycznej przywódczyni staje się charyzmatycznym potworem. Owszem wciąż potrafi pociągnąć za sobą tłumy. Ale teraz znikają wszelkie pozory miłosierdzia. Tych którzy mogą zagrozić jej władzy, albo znają niewygodną prawdę – eliminuje bez skrupułów i wzosi się przy tym na szczyty okrucieństwa. Ta Evadine, choć prawdziwsza jest jednocześnie bardziej płaska i nudna jako postać. Jest wręcz łopatologiczną ilustracją powiedzenia „pycha kroczy przed upadkiem”.
Zawodzi też niestety zakończenie. Jest dokładnie takie jak się spodziewaliśmy. Z wojny domowej, walki o władzę między monarchią a Kościołem wyłania się na koniec apokaliptyczne starcie dobra ze złem. Takie epickie bum, na kosmiczną niemal skalę. Jak zwykle okazuje się ze cała ta afera nie miała ludzkiego wymiaru, ale, że za plecami ludzi stały moce wyższe, siły dobra i zła, które obrały sobie tę akurat planetę i te akurat krainy za miejsce do stoczenia kolejnej bitwy.
Trzeci tom zbiera najlepsze noty z całej trylogii, ale ja chyba już byłam zbyt zmęczona całością, bo mnie nie porwał. Może za dużo trudnych pytań, może za dużo bólu i śmierci najbliższych przyjaciół Alvyna. Może za dużo poczucia winy i cierpienia tego ostatniego. Podobno ma być czwarty tom opowieści o Alvynie. czasem tak się dzieje gdy autor zbyt pokocha swojego bohatera. Jeśli rzeczywiście pojawi się kolejna odsłona historii Alvyna – ja chyba po nią nie sięgnę. Evadine zginęła. Alvyn stał się legendą. Kropka. Spuśćmy kotarę.